Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artykuły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artykuły. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 grudnia 2012

Metafizyczna wędrówka

„Ten wart wolności, jak i życia, kto je codziennie zdobyć musi!” – to pochodzące z „Fausta” zdanie Philip K. Dick w swojej ostatniej powieści, „Transmigracji Timothy’ego Archera”, przytaczał kilkukrotnie niczym mantrę. Codzienne „zdobywanie” dla autora „Ubika” przede wszystkim oznaczało poszukiwanie odpowiedzi na pytania związane zarówno z sensem ziemskiej egzystencji, jak i istnieniem życia pozagrobowego. I nawet jeśli ta długa i mordercza wędrówka między kolejnymi znakami zapytania i niejednoznacznymi odpowiedziami nie doprowadziła pisarza do poszukiwanych prawd, zakończyła się powstaniem jednej z jego najbardziej rozpoznawalnych powieści – „VALISa”, stanowiącego pierwszy tom głośnej trylogii, tematycznie podsumowującej życiowe poszukiwania autora.


Na początku był promień…

Geneza powstania „Trylogii VALISa” jest równie niejednoznaczna i tajemnicza, co cała twórczość pisarza. Philip Kindred Dick był jednym z najbardziej rozpoznawalnych i płodnych (w ciągu dwóch najbardziej efektywnych lat pracy napisał jedenaście powieści i około sześćdziesiąt opowiadań) amerykańskich autorów science fiction, które – jak sam utrzymywał – było możliwością ucieczki i alienacji od społeczeństwa. W swej twórczości od początku dotykał tematów teologicznych i filozoficznych, zastanawiając się między innymi nad istotą człowieczeństwa (często ukazywał ludzkie zachowanie w zestawieniu ze sztuczną inteligencją, czego przykładem są powieści pokroju „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”) oraz prawidłowym postrzeganiem rzeczywistości („Trzy stygmaty Palmera Eldritcha”). Kwestia wiary przewijała się również przez całe życie pisarza, na co wpływ miała w dużej mierze przyjaźń z ówczesnym biskupem Kalifornii, Jamesem Pike’em, o którym Dick wspomina między innymi w „Labiryncie śmierci”, „Wbrew wskazówkom zegara” czy – poświęconej alter ego Pike’a powieści – „Transmigracji Timothy’ego Archera”. Ku napisaniu „VALISa” autora pchnęło jednak coś znacznie istotniejszego.

Katalizatorem, który przyczynił się w głównej mierze do powstania powieści, było objawienia, jakiego pisarz doznał w marcu 1974 roku. Autor upierał się, że w tym czasie doświadczył manifestacji boskiej mocy, opisanej jako „różowy promień”, który poszerzył świadomość i wiedzę Dicka z zakresu religii, a także poinformował go o ukrytej przepuklinie syna. Wszystko zaczęło się krótko po usunięciu przez pisarza zęba mądrości. Kobieta, która dostarczała mu leki przeciwbólowe, miała na szyi naszyjnik w kształcie ryby. Zapytana o jego znaczenie, podkreśliła wagę tego symbolu, wspominając, że noszonego go jeszcze za czasów pierwszych chrześcijan. Od tego momentu Dick doświadczył szeregu wizji, połączonych z halucynacjami pełnymi abstrakcyjnych wzorów, jak choćby wspomniany promień. O ile informacja o chorobie syna – stosunkowo łatwa do zweryfikowania – okazała się prawdą, o tyle wiarygodność pozostałych elementów objawienia pozostaje tajemnicą. Wiadomo jednak, że począwszy od 1974 aż do 1982, roku swojej śmierci, Dick pisał tzw. „Egzegezę”, w której rozważał przyczyny swych doświadczeń i ich religijny wymiar. Kolejnym następstwem wydarzeń z 1974 roku był właśnie „VALIS”, najbardziej autobiograficzna powieść Dicka, bazująca na jego niezwykłych przeżyciach.

Koniolub Dick i ostatnia Krucjata

Historia powstania powieści jest jednak nieco bardziej skomplikowana. Pierwsza wersja tekstu opartego o przeżycia z 1974 roku została odesłana przez wydawcę z prośbą o dokonanie zmian. Dick postanowił więc napisać całą książkę od nowa, czego efektem jest właściwy „VALIS”. Wcześniejsza wersja z czasem również została opublikowana jako „Wolne radio Albemuth”, powieść pełna zbieżności i podobieństw do swej szerzej rozpowszechnionej następczyni. Nazwanie „VALISA” tekstem autobiograficznym nie jest do końca zgodne z prawdą. Autor występuje bowiem w powieści pod dwoma postaciami – jako Phil, znany pisarz science fiction (co by się zgadzało) oraz Koniolub Grubas, cierpiąca na depresje, alternatywna osobowość autora, której nazwa pochodzi od greckiego znaczenia imienia „Philip” („kochający konie”) oraz niemieckiego tłumaczenia słowa „dick” („gruby”). Koniolub, podobnie jak autor powieści, doznał objawienia, które zapoczątkowało pisanie „Egzegezy”, łączącej dogmaty między innymi gnostycyzmu, kabały, Biblii czy new age. Tego typu zbieżności z życiem pisarza jest dużo więcej – te same wizje, uzależnienie od narkotyków, śmiertelna choroba przyjaciółki i tym podobne.

„VALIS” to powieść ciężka, w której Dick daje upust zbierającym się przez całe życie pytaniom. Szuka istoty odpowiedzialnej za całe zło świata, symbolizowane odejściem wspomnianej przyjaciółki czy – z przymrużeniem oka – uśmierconym bez powodu kotem jednego ze znajomych głównego bohatera. Koniolub (czy też Dick) wierzy, że tytułowy „VALIS” (skrót od angielskiego określenia „Vast Active Living Intelligence System”), dzięki któremu pisarz doznał objawienia, to satelitarna sieć, przekazująca za pomocą „różowego promienia” sygnały i informacje na Ziemię, w celu ułatwienia kontaktu ludzi z istotami pozaziemskimi czy absolutem. Tekst przynosi zarówno odpowiedzi na trapiące pisarza kwestie, jak i kolejne pytania, które – jak można się domyślić – zaprowadziły Dicka do następnej, tematycznie podobnej powieści.
Inwazja wątpliwości

„Boża inwazja” jest dużo bardziej logiczna od poprzedniczki i pozbawiona charakterystycznego dla niej chaosu. Powieść opowiada o losach Herba Ashera, kolonistę planety CY30-CY30 B, mającego za zadanie odbieranie sygnałów wysyłanych przez satelity. Pewnej nocy słyszy głos przedstawiający się jako Jah, miejscowe bóstwo czczone przez autochtonów – zamieszkujących planetę, mało inteligentnych robotów. Istota we śnie uświadamia Asherowi, iż jego znajoma, Rybys, nosi w sobie boską istotę, którą – z powodu ciężkiej choroby – będzie w stanie urodzić jedynie na Ziemi, parodiując w ten sposób biblijną opowieść o niepokalanym poczęciu. Tajemniczy głos zleca protagoniście zawarcie formalnego związku z kobietą oraz opiekę nad nią podczas podróży na Błękitną Planetę, gdzie Bóg – zaraz po swoim przyjściu na świat – zamierza dokonać całkowitej zagłady uniwersum. Po dotarciu na miejsce Rybys ulega jednak wypadkowi, w wyniku którego traci życie. Dziecko rodzi się żywe, jednakże w skutek powikłań na dziesięć lat traci pamięć, a wraz z nią wszelkie wspomnienia dotyczące celu swojej wizyty.

W przeciwieństwie do „Valisa”, gdzie Dick odniósł się do ogromnej liczby wyznań i ruchów religijnych, w Bożej inwazji autor czerpie głównie z Biblii, kabały oraz gnozy. Idea tej ostatniej ma największy wpływ na kształt powieści – autor przeistacza stare podania, według których na początku pojawiły się dwie bliźniacze istoty mające wykreować swoje odrębne światy. Jedna z nich okazała się jednak kaleką i to właśnie ona stworzyła miejsce pełne wad, w którym żyjemy. Naprawę tegoż uniwersum postawił sobie za cel jej antagonista, który od wieków stara się do niego przeniknąć, by dokonać tytułowej bożej inwazji.

Tym razem autor, rozwodząc się nad przyczyną ziemskich nieszczęść i niedoskonałości, takich jak nieuleczalne choroby czy śmierć, zastanawia się, jak wyglądałby świat idealny, pozbawiony wszelkich błędów. Następnie konfrontuje tę idylliczną wizję z rzeczywistością, która – w swoim założeniu – miała być szara i dzięki temu realna, dochodząc ostatecznie do wniosku, że jedynie prawda, choćby najbardziej bolesna, daje właściwą satysfakcję; świat doskonały natomiast zawsze pozostanie nieprzynoszącą spełnienia iluzją, którą zdradza wieczna nieskazitelność.

Dick zastanawia się również nad rosnącym zaufaniem do nauki, prowadzącym do braku jakichkolwiek wątpliwości dotyczących struktury świata oraz coraz rzadszych rozważań filozoficzno-egzystencjalnych społeczeństwa. Tworząc alternatywną wizję Ziemi opanowanej przez tak zwany Światopogląd naukowy, odsuwający w cień sens wiary i pozostawiający badania bytu jedynie dziedzinom ścisłym, zwraca uwagę na istotę takowych refleksji, gdyż – jak słusznie zauważyła w przedmowie Maja Lidia Kossakowska – z biegiem lat coraz mniej osób poświęca czas tego typu problemom, a ci, którzy się na to porywają, często uważani są za dziwaków lub wręcz chorych psychicznie. Problem ten Dick porusza zresztą ponownie w „Transmigracji Timothy’ego Archera”, gdzie ustami Angel Archer, protagonistki i narratorki, mówi o tym, jak ciężko dziś uwierzyć w coś, co wykracza poza możliwości nauki. Bohaterka zauważa, że człowiek w takim przypadku jest w stanie szukać dziesiątek – czasem w ogóle nielogicznych – wytłumaczeń, byle tylko odrzucić możliwość jakiejkolwiek paranormalnego, wykraczającego poza rozumowanie zjawiska.

O sowach w świetle dziennym

Określanie „Transmigracji Timothy’ego Archera” trzecim tomem trylogii to kwestia umowna. Tak naprawdę zakończeniem cyklu miała być inna powieść, którą Dick pisał w momencie swojej śmierci, i która nigdy nie ujrzała światła dziennego, przez co „Transmigrację…” – ze względu na podobną tematykę – uznaje się za luźną kontynuację poprzednich tekstów, mimo że odróżnia ją od pozostałych jeden istotny element – brak elementów typowych dla science fiction. „The Owl in Daylight” to tytuł niedoszłej powieści, która – oczywiście opierając się na nie do końca potwierdzonych informacjach – zapowiadała się niezwykle ciekawie. Miała opowiadać o niejakim Edzie Firmley’u, kompozytorze przygotowującym muzykę do filmów klasy B, oraz jego zetknięciu się z humanoidalną rasą z odległej galaktyki, charakteryzującą się nietypowym systemem komunikacji bez użycia dźwięków. Szamani owego ludu, wyjątkowi na tle całej rasy, zobaczywszy Ziemię oraz mnogość jej odgłosów, uznali to miejsce za raj, jednak – biorąc po uwagę unikalny rozwój gatunku – nie byli w stanie przekazać tych doświadczeń swoim braciom. Ich najbardziej wyostrzonym zmysłem z kolei miał być wzrok, dzięki któremu potrafili dostrzegać światło i świat w dużo szerszym spektrum niż człowiek, który – w oczach przybyszów – uchodził za istotę prawie ślepą – coś, czym z kolei dla człowieka jest kret (kwestię tajemniczego tytułu mamy rozwiązaną). Losy kompozytora i dziwnych przybyszów stykają się, gdy wiozący ich na Ziemię statek porywa Eda. Obcy umieszczają w głowie bohatera wtyczkę, dzięki której mogą przejmować odbierane przez niego sygnały dźwiękowe, napawając się odmienną gamą dźwięków, jaką oferuje Błękitna Planeta.

Powieść miała być hołdem złożonym „Boskiej komedii” Dantego, której autor był ogromnym wielbicielem. Po wielu próbach odtworzenia pomysłu Dicka, prób wydania ostatniej powieści Amerykanina zaniechano. Książkę o identycznym tytule wydała natomiast jedna z pięciu żon pisarza, Tessa Dick. Zaznaczała jednak wielokrotnie, iż jej tekstu nie bazuje w żadnym stopniu na zarysie sporządzonym przez zmarłego męża, a jej celem było jedynie oddanie niepowtarzalnego ducha powieści Dicka.

Kolejna wycieczka po święty Graal 

Ostatnią powieścią cyklu jest przywoływana wielokrotnie „Transmigracja Timothy’ego Archera”. Tekst był pokłosiem przyjaźni między pisarzem a biskupem Kalifornii, Jamesem Pike’em. Tytułowego Tima Archera śmiało można określić alter ego niesławnego kaznodziei, który także w rzeczywistości – mimo swoich biskupich godności – często kwestionował wiarę i szukał odpowiedzi na nurtujące go pytania, snując rozmaite, niejednokrotnie zwariowane teorie, przypominając momentami Kobioluba Grubasa z pierwszej części trylogii. Podobieństwo widać również w relacjach duchownego z dzieckiem – zarówno u Pike’a, jak i Archera syn popełnia samobójstwo, które z kolei stało się motywacją do serii seansów spirytystycznych, mających umożliwić kontrowersyjnemu biskupowi kontakt ze zmarłym.

Tekst skupia się przede wszystkim na tematyce śmierci. Owszem, poprzednie tomy umownej trylogii również oscylowały wokół śmiertelnych chorób i trudnych pożegnań, tutaj jednak jego tego najwięcej. Co za tym idzie – sporo jest rozmyślań na temat sensu egzystencji oraz przypuszczeń dotyczących życia pozagrobowego. Główny bohater – zafascynowany odwieczną tajemnicą – sięga, podobnie zresztą jak jego rzeczywisty pierwowzór, po rozmaite okultystyczne techniki, by porozumieć się ze zmarłym synem. Pragnienie dotarcia do wiedzy o życiu po życiu prowadzi do oddalenia się od Kościoła. Dystans między biskupem a jego duchownym zwierzchnictwem zwiększa się jeszcze bardziej wraz z pewnym odkryciem, poddającym pod wątpliwość istnienie Jezusa oraz autentyczność jego nauk. Ostatecznie prowadzi to do odejścia Archera/Pike’a od dogmatów wiary katolickiej i kolejnych poszukiwań na własną rękę.

 Między prawdą a Bogiem

Zdania na temat ostatnich powieści Dicka są mocno podzielone. Część pisarzy, jak choćby Ursula LeGuin, zarzuciło autorowi „Ubika” szaleństwo, uznając niedorzeczne teorie i rzekome objawienie za efekt wieloletniego eksperymentowania z narkotykami. W obronie pisarza stanął między innymi popularny polski publicysta i tłumacz, Lech Jęczmyk. W przedmowie do najnowszego wydania „VALISu” przytoczył tezę, którą w powieści „Dziennik” swego czasu postawił amerykański pisarz, Chuck Palahniuk. Autor słynnego „Fight clubu” słowami przepełnionej goryczą protagonistki wysnuł wniosek, iż dopiero w momencie największego cierpienia artysta zdolny jest do tworzenia dzieł wyjątkowych. Swoją teorię podparł kilkoma przykładami, między innymi odwołując się do osoby słynnego włoskiego skrzypka, Paganiniego, którego największe działa powstały w momencie, gdy muzyk poupadał na zdrowiu, dręczony kiepską sytuacją finansową, syfilisem i masą innych chorób. Co ciekawe, podobny wniosek wysnuł Henry Miller, z tym, że w bardziej dziejowym sensie. W napisanej po powrocie z dziesięcioletniego pobytu na obczyźnie powieści „Klimatyzowany koszmar” pisarz stwierdza, że największy rozwój sztuki przypadał na czasy największej niedoli i cierpienia, tłumacząc w ten sposób słabą kondycję ówczesnych przedstawicieli amerykańskiej bohemy. Podobnie jest z Dickiem, którego Jęczmyk stara się bronić, podając za przykłady poniektóre sceny powieści, które okazują się bardziej przemyślane, niż można by sądzić na pierwszy rzut oka.

Fakt, iż ostatnie powieści Dicka poświęcone były przede wszystkim metafizycznym rozmyślaniom, nadaje „Trylogii VALISa” pewnej symboliki na tle całej twórczości autora. Jego sytuacja przypomina nieco znakomity film „American Beauty”, gdzie grany przez Cevina Space’ego bohater na rok przed śmiercią – o której oczywiście nie miał zielonego pojęcia – zaczyna zmieniać swoje życie i spełniać najbardziej skryte marzenia. Podobnie jest z Dickiem, który, mimo że nie spodziewał się swojej śmierci, na kilka lat przed nią zaczął szukać odpowiedzi na nurtujące go przez większość życia kwestie. To, czy obecnie pije po drugiej stronie Absynt z Hemingwayem, powrócił jako bothisattwa czy też osiągnął nicość, pozostaje osądzać filozofom i religioznawcom. Ci zresztą docenią boskość jego ostatnich powieści w szczególności.

Felieton pierwotnie publikowany w czasopiśmie "Czas Fantastyki" (nr 3/2012).

poniedziałek, 19 marca 2012

Gry i zagrania

Gry i zagraniaJedno z częstszych pytań, jakie zadają znajomi, przeglądając moją dosyć skromną kolekcję książek z zamiarem pożyczenia czegoś, brzmi: "Masz może coś osadzonego w realiach Warcrafta?" Pytają oczywiście również i o inne tytuły związane z rozmaitymi grami komputerowymi. Wskutek tego nasunęła mi się pewnego rodzaju refleksja dotycząca z jednej strony wad i zalet wydawania książek żerujących na popularności settingów najbardziej znanych pecetowych produkcji, z drugiej zaś – poziomu tego typu literatury.

Literacka zamieć

Nie bez powodu powyższy przykład odnosi się do tytułu jednej z flagowych gier firmy Blizzard. W oparciu o produkty kalifornijskiego wydawnictwa powstało do tej pory najwięcej tekstów, których popularność nie zawsze jednak szła w parze z jakością. Autorem przytłaczającej liczby powieści, osadzonych zarówno w uniwersum serii "Warcraft", jak i Diablo, jest amerykański pisarz, Richard A. Knaak, znany między innymi jako współautor głośnej serii Dragonlance. Już sama liczba książek (do tej pory łącznie szesnaście!) poświęconych dwóm największym produkcjom Blizzarda może sugerować, iż motywacją do ich powstania nie była jedynie fascynacja mało oryginalnymi skądinąd settingami. O ile wczesne powieści autora umiejscowione w Azeroth, jak choćby Dzień smoka czy pierwszy tom trylogii Wojna Starożytnych, trzymają przyzwoity poziom, o tyle kolejne utwory prezentują tendencję spadkową. Jeszcze gorzej rzecz ma się z książkami osadzonymi w świecie "Diablo". Tu już od pierwszych wydań daje się odczuć, jak płytki i niemający nic interesującego do zaoferowania jest świat opublikowanego w 1997 roku, blizzardowskiego hitu, którego fenomen nie polegał na niezwykłej fabule czy świetnie zarysowanym uniwersum. O jego sukcesie zadecydowała grywalność, ta jednak nie mogła mieć żadnego wpływu na jakość książkowych interpretacji.

Powstające niczym grzyby po deszczu teksty pozostałych autorów, którzy wykorzystują znanych gier Blizzarda bohaterów czy miejsca, wypadają jeszcze gorzej. Jedynym pozytywnym wyjątkiem jest Władca klanów Christie Golden, powieść w całości poświęcona życiu jednego z głównych bohaterów trzeciej części "Warcrafta" – Thralla, przyszłego wodza hordy. Twórczyni postaci słynnego wampira, Jandera Sunstara, zamieniając Ravenloft na Azeroth, trafiła w dziesiątkę – udało się jej opisać zgrabnym językiem przejmującą historię orka-niewolnika.

Od rzutu kością do książek

Nieco inaczej wygląda sytuacja z produkcjami powstałymi na bazie settingów, stworzonych na potrzeby klasycznego, papierowego RPG, jak choćby mocno już wyeksploatowanego uniwersum Forgotten Realms autorstwa Eda Greenwooda. Kierujący się jedynie tytułami ulubionych komputerowych produkcji fani także tutaj natkną się w pierwszej kolejności na bardzo słabe pozycje, takie jak Wrota Baldura, których autor – Philip Athans – uważany jest przez lwią część czytelników za bezsprzecznie jednego z najgorszych autorów powieści umiejscowionych w słynnym Faerûnie. Tych jednak, którzy nie poszli ślepo za logiem świetnej produkcji spod skrzydeł BioWare, czeka miła niespodzianka – wśród całej masy słabych teksów, pojawia się kilka perełek. Z pewnością zaliczyć do nich można pierwsze powieści Roberta Salvatore’a, opowiadające historię Drizzta Do'Urdena, jednej z najbardziej znanych postaci fantasy. Jest to mroczny elf, który – sprzeciwiając się bezwzględnym i morderczym tradycjom swojej podziemnej rasy – postanawia wieść szczęśliwy, niezależny żywot na powierzchni Faerûnu. Mimo, iż do tej pory saga opowiadająca o przygodach dobrodusznego drowa liczy już aż dziewiętnaście tomów, z których większa część, w szczególności późniejszych powieści drażni schematycznością i brakiem jakiegokolwiek przełomu; warto zapoznać się z kilkoma pierwszymi tekstami – choćby ponadczasową Ojczyzną. Kolejnym godnym uwagi twórcą, powiązanym z Zapomnianymi Krainami, jest Elaine Cunningham, autorka między innymi interesującego cyklu Pieśni i miecze, skupiającego się w dużej mierze na politycznych i ekonomicznych powiązaniach poszczególnych regionów popularnego uniwersum – kwestiach nie tyle nawet atrakcyjnych, co poruszanych stosunkowo rzadko przez innych twórców, jak choćby wspomnianego Salvatore’a.

Z settingami pozostałych systemów RPG sytuacja wygląda podobnie – na fali popularności danej gry powstaje w krótkim czasie masa czytadeł, z których tylko nieliczne prezentują przyzwoity poziom. Z bardziej znanych można tu wymienić choćby osadzoną w realiach gry "Warhammer" sagę o przygodach Gotreka i Felisa czy serie książek autorstwa – wspomnianej przy okazji "Warcrafta" – Christie Golden, umiejscowione w mrocznym świecie Ravenloft.

Prócz wymienionych wyżej, szerzej rozbudowanych cyklów, tendencja wydawania książek opartych na grach trwa nieprzerwanie. Sukcesy poszczególnych pecetowych nowości wieńczone są znikającymi szybko z księgarnianych półek pozycjami. Mamy zbeletryzowaną wersję Dragon Age, popularnością zaczynają cieszyć się również literackie interpretacje konsolowych projektów, jak Tom Clancy's Splinter Cell czy Assassin’s Creed, a to tylko wierzchołek góry lodowej.

Nie taki diabeł straszny


Mimo iż przeważająca część tego typu książek wywołuje u licznych czytelników jedynie rozczarowanie, bardzo wielu nadal je kupuje, zasilając w ten sposób budżet wydawnictw i autorów, przez co koło się zamyka. Czy jednak zjawisko to należy rozpatrywać tylko w czarnych barwach? Na pierwszy rzut oka jedynym jego skutkiem jest spora liczba kiepskiej jakości książek, które mamią logiem znanych produkcji komputerowych, nie oferując jednak niczego wartościowego. Duża część "niedzielnych czytelników" po pewnym czasie zniechęci się i pozostawi swoje oszczędności na kolejne wydania ulubionych gier, w gruncie rzeczy pozostawiając sytuację niezmienioną.

Z drugiej jednak strony można postawić tezę, że takie zjawisko krzewi pociąg do literatury, spełniając funkcję podobną do tej, którą pełni nieprzerwanie seria książek o przygodach Harry’ego Pottera wśród młodszych odbiorców. Ci, którzy mieli w przeszłości kontakt z książkowymi wersjami pecetowych wydawnictw i zdążyli się już do nich zniechęcić, często decydują się sięgnąć po coś ciekawszego niż kolejne słabe interpretacje. W ten sposób przykładowo fani "Warcrafta" trafiają na inne interesujące tytuły fantasy, jak choćby popularnego (w pewnym stopniu również dzięki polskiej grze komputerowej) Wiedźmina, otwierając sobie tym samym horyzonty na wiele ciekawych pozycji. Fascynacja literaturą ma do siebie to, iż raz zaaplikowana będzie towarzyszyć całe życie, dzięki czemu od naiwnego, młodzieńczego zainteresowania fantasy może krętą drogą zaprowadzić w przyszłości do twórczości Dostojewskiego, Hemingwaya czy nawet Joyce’a.

Każdy rynek rządzi się swoimi prawami, a działające na nim jednostki zwykle dążą do osiągnięcia jak największych zysków. Nisza zajmowana przez gry komputerowe ma i będzie mieć licznych odbiorców, na których starają się zarobić wszyscy. Nie tylko literatura cierpi z powodu tego typu zabiegów – nietrudno przypomnieć sobie całą masę kiepskich produkcji filmowych, nawiązujących do świetnych komputerowych pierwowzorów, jak choćby nieudolne ekranizacje takich tytułów, jak "Max Payne" czy "Hitman". Jednak nawet w tego typu zagraniach można zauważyć pewnego rodzaju pozytyw – pomost, za pomocą którego wielu młodych ludzi ma okazję doświadczyć innego rodzaju rozrywki od tej, jaką oferują gry komputerowe czy konsolowe, poszerzając w pewnym stopniu ich horyzonty i dając alternatywę. Wielu z pewnością połknie haczyk.

Pierwotnie publikowane w serwisie POLTERGEIST.

czwartek, 5 stycznia 2012

Podsumowanie roku 2011

Podsumowanie 2011 - Sławomir 'Villmar' Jurusik

Rok 2011 rokiem reedycji. Szczególnie mile zaskoczyło wydawnictwo Rebis, za sprawą którego ukazały się na nowo najgłośniejsze z powieści Philipa K. Dicka – wielu miało okazję odświeżyć sobie czy też, jak w moim przypadku, dopiero poznać klasyki takie jak Valis, Boża inwazja albo Ubik. Poznańskie wydawnictwo nie zapomniało również o Anne Rice, dzięki czemu mieliśmy okazję ujrzeć w nowej odsłonie dwie wczesne powieści autorki – Krzyk w niebiosa oraz Mumię – które, choć zepchnięte swego czasu na bok przez bestsellerowe Kroniki wampirów, prezentują szczytową formę amerykańskiej pisarki. Zarówno mistrzowsko oddane epoki (XVIII-wieczne Włochy w Krzyku… i XIX-wieczna Anglia w Mumii), jak i wielowymiarowe postacie sprawiają, że książki te można śmiało postawić obok pierwszych tomów wspomnianych Kronik….

Inaczej sytuacja ma się z najnowszymi powieściami Rice, które ukazały się dzięki wydawnictwu Otwarte – obydwa tomy opowiadające o przygodach nawróconego przez swojego Anioła Stróża mordercy, Toby'ego O'Dare'a, nie porywają. Każda część oparta jest na podobnym schemacie, historyczne realia nie są już tak głęboko zobrazowane, jak we wcześniejszych powieściach pisarki, a postacie irytują plastikowym altruizmem. Fakt, że nowsze książki Rice nie dorównują swoim poprzednikom, nie świadczy najlepiej o kierunku rozwoju pisarki i popycha do gorzkich refleksji na jej temat. W temacie reedycji warto również wspomnieć o powieści Tytus Groan autorstwa Mervyna Peake'a, absolutnym klasyku literatury fantasy, oraz Krabacie, Preusslerowskiej reinterpretacji dość popularnej, łużyckiej legendy.

Miłośnicy thrillerów również nie powinni mieć powodów do narzekań – począwszy od kilku niezłych tekstów, zahaczających o powieść psychologiczną (świetne Myszy i koty oraz wstrząsające Oko za oko) poprzez masę tradycyjnych dreszczowców, jak Podwójne życie Olivera Harrisa czy klimatyczny Król mieczy Nicka Stone'a, skończywszy wreszcie na mocno obyczajowym Dallas '63 Kinga, przywodzącym na myśl jego największą do tej pory sagę, Mroczną Wieżę (głównie poprzez motyw podróży w czasie i rozbudowany wątek miłosny) – sporo interesujących i, co ważniejsze, różnorodnych tytułów, nawet najbardziej wybredny czytelnik powinien znaleźć coś dla siebie.

W kraju również działo się sporo. W czerwcu Piekara zafundował kolejny (ósmy już!) tom inkwizytorskiej sagi; pierwszą powieść, której przynajmniej po części udało się przełamać dotychczasową schematyczność serii. Kolejną ciekawą propozycją Fabryki Słów było wydane w czerwcu Tae ekkejr!, oparta na dialogach powieść drogi, będąca przyjemnym powrotem do zdominowanego przez elfy, krasnoludy, magię i miecz fantasy. Miłym zaskoczeniem było również wydane miesiąc później przez Oficynkę Fatum – osadzony w świetnie zarysowanych realiach XVII-wiecznego Gdańska zbiór kryminalnych opowiadań Piotra Rowickiego, będących pełną czarnego humoru wiwisekcją ciemnej strony ludzkiej natury.

Krótko mówiąc – było ciekawie, choć bez wielkich rewelacji. Pozostaje liczyć, że te przyniesie zbliżający się wielkimi krokami Anno Domini 2012, czego zarówno autorom, sobie, jak i pozostałym czytelnikom życzę.

Pierwotnie publikowane w serwisie POLTERGEIST.