Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 maja 2013

Peter Watts – Wir



Tornado defetyzmu

Wir to kontynuacja Rozgwiazdy, debiutanckiej powieści kanadyjskiego pisarza science-fiction, Petera Wattsa. O sukcesie poprzedniczki zadecydowała specyficzna atmosfera wyobcowania i izolacji od świata oraz autentyczność, będąca zasługą wykształcenia pisarza. Drugi tom trylogii ryfterów pozbawiony jest pierwszej z powyższych cech, mimo tego jednak nadal trudno mówić o spadku poziomu. Czym broni się Wir?

W ramach przypomnienia: pierwsza część przedstawiała historię kilku outsiderów, wśród których spotkać mogliśmy morderców, pedofilów czy ofiary gwałtu, zesłanych na dno Pacyfiku z zadaniem obsługi podwodnej stacji, czerpiącej energię geotermalną z jednego z kominów oceanicznych. W trakcie prac członkowie załogi przez przypadek uwolnili nieznanego do tej pory mikroba, który zagrażał dalszemu istnieniu wszystkich gatunków. By zapobiec rozprzestrzenieniu się intruza zaangażowana w działania na dnie Oceanu Spokojnego korporacja postanawia wysadzić w powietrze całą stację, pozbawiając życia jej pracowników i likwidując problem w zarodku. Okazuje się jednak, że co najmniej dwóch członków załogi uszło z życiem i dostało się do zachodniego brzegu Stanów Zjednoczonych.

W centrum wydarzeń znów mamy Lennie Clarke, kobietę zahartowaną przez trudne dzieciństwo i żądzę zemsty na ludziach, którzy jako zapłatę za włożony w obsługę stacji trud oferowali jej śmierć. Watts wykreował swego rodzaju Nemezis – postać odzianej w czerń kobiety, która – wynurzywszy się z oceanu – zdeterminowana, kierowana zamiarem wymierzenia sprawiedliwości wręcz prosi się o mityczne skojarzenie. Z czasem jej podróż także nabiera symbolicznego znaczenia, nasuwając skojarzenie z biblijną drogą krzyżową – bita, gwałcona i poniżana brnie przez wypalone i zniszczone trzęsieniami ziemi wybrzeże Ameryki, nie zastanawiając się tak naprawdę dogłębnie nad sensem własnej krucjaty i szansami na powodzenie. Wiedziona wykształconymi w nieludzkich warunkach instynktami, świadomością bycia przez całe życie ofiarą oraz chęcią wyrównania rachunków staje się jednak bohaterem ludu, kimś niemalże czczonym przez marionetkowych obywateli, którzy – podobnie jak ona – zostali dotknięci zniszczeniem, spowodowanym decyzjami potężnych korporacji.

Jak wspomniałem, w Wirze nie doświadczymy atmosfery charakterystycznej dla poprzeczniki. Akcja prawie całej powieści toczy się na kontynencie, gdzie cisza i prowadząca do szaleństwa atmosfera samotności zostają zastąpione przez równie destruktywny chaos, zniszczenia i anarchię. Tym razem Watts skupia się na tematyce nieco banalniejszej niż w części pierwszej. Przeciwnikiem bohaterów oraz zagrożeniem, przed jakim chce nas ostrzec autor, jest bowiem rozwijająca się w niezwykłym tempie technika, której twory pod względem sztucznej inteligencji coraz szybciej zaczynają dorównywać człowiekowi. Podążając śladem bohaterów widzimy panoramę społeczeństwa sterowanego elektroniką i coraz nowszymi zdobyczami ludzkiego umysłu, mającymi wpływ na wszystkie dziedziny życia – karierę zawodową, praktyki seksualne czy stan psychiczny (szczególnie dużo miejsca pisarz poświęcił kwestii ludzkiego sumienia, ukazując, w jaki sposób można nim kierować za pomocą odpowiednich narzędzi).

O tego typu zagrożeniach pisano jednak już wielokrotnie, wielu więc powie – nihil novi, a racji trudno im będzie odmówić. Tym jednak, co czyni prozę Wattsa wyjątkową, jest jego warsztat pisarski. Podobnie jak w poprzednim tomie, język w Wirze  jest niezwykle specyficzny – pozbawiony emocji, zimny, rachityczny, a jednocześnie przesiąknięty intelektualnymi grami, nomenklaturą związaną z rozmaitymi naukami ścisłymi, solidną dawką erudycji, wulgaryzmów i brutalnych, naturalistycznych opisów rozmaitych dantejskich scen – morderstw, linczów czy gwałtów. Styl idealnie wręcz komponuje się z nakreślonym przez pisarza obrazem pozbawionego ludzkich odruchów świata, w którym o wszystkim decydują niedosięgalne korporacje, najwyższe zdobycze techniki i prawo pięści, tworzące na nowo bezlitosną dla słabych drabinę społeczną. 

Wizja Wattsa jest pełna defetyzmu, przygnębiająca do tego stopnia, iż czytelnik – obserwując działania bohaterów, mające na celu ratowanie świata – zaczyna się zastanawiać, czy mają one jakikolwiek sens. Rzeczywistość widziana oczami Kanadyjczyka przeraża, a jednocześnie niezwykle nurtuje i pozostawia odbiorcę z całą masą refleksji, dotyczących kierunku, w jakim podąża ludzkość. Warto dodać, że pod względem prawdopodobieństwa zaistnienia tego typu sytuacji powieść dorównuje poprzedniczce (szczególnie jeśli zwrócimy uwagę na zamieszczone pod koniec tomu bogate objaśnienia), a więc być może zarysowana sytuacja nie odbiega tak daleko od tego, co możemy zaobserwować za oknem. Kto wie, czy nie jesteśmy tylko stadem owiec?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu ArsMachina.

sobota, 22 grudnia 2012

Metafizyczna wędrówka

„Ten wart wolności, jak i życia, kto je codziennie zdobyć musi!” – to pochodzące z „Fausta” zdanie Philip K. Dick w swojej ostatniej powieści, „Transmigracji Timothy’ego Archera”, przytaczał kilkukrotnie niczym mantrę. Codzienne „zdobywanie” dla autora „Ubika” przede wszystkim oznaczało poszukiwanie odpowiedzi na pytania związane zarówno z sensem ziemskiej egzystencji, jak i istnieniem życia pozagrobowego. I nawet jeśli ta długa i mordercza wędrówka między kolejnymi znakami zapytania i niejednoznacznymi odpowiedziami nie doprowadziła pisarza do poszukiwanych prawd, zakończyła się powstaniem jednej z jego najbardziej rozpoznawalnych powieści – „VALISa”, stanowiącego pierwszy tom głośnej trylogii, tematycznie podsumowującej życiowe poszukiwania autora.


Na początku był promień…

Geneza powstania „Trylogii VALISa” jest równie niejednoznaczna i tajemnicza, co cała twórczość pisarza. Philip Kindred Dick był jednym z najbardziej rozpoznawalnych i płodnych (w ciągu dwóch najbardziej efektywnych lat pracy napisał jedenaście powieści i około sześćdziesiąt opowiadań) amerykańskich autorów science fiction, które – jak sam utrzymywał – było możliwością ucieczki i alienacji od społeczeństwa. W swej twórczości od początku dotykał tematów teologicznych i filozoficznych, zastanawiając się między innymi nad istotą człowieczeństwa (często ukazywał ludzkie zachowanie w zestawieniu ze sztuczną inteligencją, czego przykładem są powieści pokroju „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”) oraz prawidłowym postrzeganiem rzeczywistości („Trzy stygmaty Palmera Eldritcha”). Kwestia wiary przewijała się również przez całe życie pisarza, na co wpływ miała w dużej mierze przyjaźń z ówczesnym biskupem Kalifornii, Jamesem Pike’em, o którym Dick wspomina między innymi w „Labiryncie śmierci”, „Wbrew wskazówkom zegara” czy – poświęconej alter ego Pike’a powieści – „Transmigracji Timothy’ego Archera”. Ku napisaniu „VALISa” autora pchnęło jednak coś znacznie istotniejszego.

Katalizatorem, który przyczynił się w głównej mierze do powstania powieści, było objawienia, jakiego pisarz doznał w marcu 1974 roku. Autor upierał się, że w tym czasie doświadczył manifestacji boskiej mocy, opisanej jako „różowy promień”, który poszerzył świadomość i wiedzę Dicka z zakresu religii, a także poinformował go o ukrytej przepuklinie syna. Wszystko zaczęło się krótko po usunięciu przez pisarza zęba mądrości. Kobieta, która dostarczała mu leki przeciwbólowe, miała na szyi naszyjnik w kształcie ryby. Zapytana o jego znaczenie, podkreśliła wagę tego symbolu, wspominając, że noszonego go jeszcze za czasów pierwszych chrześcijan. Od tego momentu Dick doświadczył szeregu wizji, połączonych z halucynacjami pełnymi abstrakcyjnych wzorów, jak choćby wspomniany promień. O ile informacja o chorobie syna – stosunkowo łatwa do zweryfikowania – okazała się prawdą, o tyle wiarygodność pozostałych elementów objawienia pozostaje tajemnicą. Wiadomo jednak, że począwszy od 1974 aż do 1982, roku swojej śmierci, Dick pisał tzw. „Egzegezę”, w której rozważał przyczyny swych doświadczeń i ich religijny wymiar. Kolejnym następstwem wydarzeń z 1974 roku był właśnie „VALIS”, najbardziej autobiograficzna powieść Dicka, bazująca na jego niezwykłych przeżyciach.

Koniolub Dick i ostatnia Krucjata

Historia powstania powieści jest jednak nieco bardziej skomplikowana. Pierwsza wersja tekstu opartego o przeżycia z 1974 roku została odesłana przez wydawcę z prośbą o dokonanie zmian. Dick postanowił więc napisać całą książkę od nowa, czego efektem jest właściwy „VALIS”. Wcześniejsza wersja z czasem również została opublikowana jako „Wolne radio Albemuth”, powieść pełna zbieżności i podobieństw do swej szerzej rozpowszechnionej następczyni. Nazwanie „VALISA” tekstem autobiograficznym nie jest do końca zgodne z prawdą. Autor występuje bowiem w powieści pod dwoma postaciami – jako Phil, znany pisarz science fiction (co by się zgadzało) oraz Koniolub Grubas, cierpiąca na depresje, alternatywna osobowość autora, której nazwa pochodzi od greckiego znaczenia imienia „Philip” („kochający konie”) oraz niemieckiego tłumaczenia słowa „dick” („gruby”). Koniolub, podobnie jak autor powieści, doznał objawienia, które zapoczątkowało pisanie „Egzegezy”, łączącej dogmaty między innymi gnostycyzmu, kabały, Biblii czy new age. Tego typu zbieżności z życiem pisarza jest dużo więcej – te same wizje, uzależnienie od narkotyków, śmiertelna choroba przyjaciółki i tym podobne.

„VALIS” to powieść ciężka, w której Dick daje upust zbierającym się przez całe życie pytaniom. Szuka istoty odpowiedzialnej za całe zło świata, symbolizowane odejściem wspomnianej przyjaciółki czy – z przymrużeniem oka – uśmierconym bez powodu kotem jednego ze znajomych głównego bohatera. Koniolub (czy też Dick) wierzy, że tytułowy „VALIS” (skrót od angielskiego określenia „Vast Active Living Intelligence System”), dzięki któremu pisarz doznał objawienia, to satelitarna sieć, przekazująca za pomocą „różowego promienia” sygnały i informacje na Ziemię, w celu ułatwienia kontaktu ludzi z istotami pozaziemskimi czy absolutem. Tekst przynosi zarówno odpowiedzi na trapiące pisarza kwestie, jak i kolejne pytania, które – jak można się domyślić – zaprowadziły Dicka do następnej, tematycznie podobnej powieści.
Inwazja wątpliwości

„Boża inwazja” jest dużo bardziej logiczna od poprzedniczki i pozbawiona charakterystycznego dla niej chaosu. Powieść opowiada o losach Herba Ashera, kolonistę planety CY30-CY30 B, mającego za zadanie odbieranie sygnałów wysyłanych przez satelity. Pewnej nocy słyszy głos przedstawiający się jako Jah, miejscowe bóstwo czczone przez autochtonów – zamieszkujących planetę, mało inteligentnych robotów. Istota we śnie uświadamia Asherowi, iż jego znajoma, Rybys, nosi w sobie boską istotę, którą – z powodu ciężkiej choroby – będzie w stanie urodzić jedynie na Ziemi, parodiując w ten sposób biblijną opowieść o niepokalanym poczęciu. Tajemniczy głos zleca protagoniście zawarcie formalnego związku z kobietą oraz opiekę nad nią podczas podróży na Błękitną Planetę, gdzie Bóg – zaraz po swoim przyjściu na świat – zamierza dokonać całkowitej zagłady uniwersum. Po dotarciu na miejsce Rybys ulega jednak wypadkowi, w wyniku którego traci życie. Dziecko rodzi się żywe, jednakże w skutek powikłań na dziesięć lat traci pamięć, a wraz z nią wszelkie wspomnienia dotyczące celu swojej wizyty.

W przeciwieństwie do „Valisa”, gdzie Dick odniósł się do ogromnej liczby wyznań i ruchów religijnych, w Bożej inwazji autor czerpie głównie z Biblii, kabały oraz gnozy. Idea tej ostatniej ma największy wpływ na kształt powieści – autor przeistacza stare podania, według których na początku pojawiły się dwie bliźniacze istoty mające wykreować swoje odrębne światy. Jedna z nich okazała się jednak kaleką i to właśnie ona stworzyła miejsce pełne wad, w którym żyjemy. Naprawę tegoż uniwersum postawił sobie za cel jej antagonista, który od wieków stara się do niego przeniknąć, by dokonać tytułowej bożej inwazji.

Tym razem autor, rozwodząc się nad przyczyną ziemskich nieszczęść i niedoskonałości, takich jak nieuleczalne choroby czy śmierć, zastanawia się, jak wyglądałby świat idealny, pozbawiony wszelkich błędów. Następnie konfrontuje tę idylliczną wizję z rzeczywistością, która – w swoim założeniu – miała być szara i dzięki temu realna, dochodząc ostatecznie do wniosku, że jedynie prawda, choćby najbardziej bolesna, daje właściwą satysfakcję; świat doskonały natomiast zawsze pozostanie nieprzynoszącą spełnienia iluzją, którą zdradza wieczna nieskazitelność.

Dick zastanawia się również nad rosnącym zaufaniem do nauki, prowadzącym do braku jakichkolwiek wątpliwości dotyczących struktury świata oraz coraz rzadszych rozważań filozoficzno-egzystencjalnych społeczeństwa. Tworząc alternatywną wizję Ziemi opanowanej przez tak zwany Światopogląd naukowy, odsuwający w cień sens wiary i pozostawiający badania bytu jedynie dziedzinom ścisłym, zwraca uwagę na istotę takowych refleksji, gdyż – jak słusznie zauważyła w przedmowie Maja Lidia Kossakowska – z biegiem lat coraz mniej osób poświęca czas tego typu problemom, a ci, którzy się na to porywają, często uważani są za dziwaków lub wręcz chorych psychicznie. Problem ten Dick porusza zresztą ponownie w „Transmigracji Timothy’ego Archera”, gdzie ustami Angel Archer, protagonistki i narratorki, mówi o tym, jak ciężko dziś uwierzyć w coś, co wykracza poza możliwości nauki. Bohaterka zauważa, że człowiek w takim przypadku jest w stanie szukać dziesiątek – czasem w ogóle nielogicznych – wytłumaczeń, byle tylko odrzucić możliwość jakiejkolwiek paranormalnego, wykraczającego poza rozumowanie zjawiska.

O sowach w świetle dziennym

Określanie „Transmigracji Timothy’ego Archera” trzecim tomem trylogii to kwestia umowna. Tak naprawdę zakończeniem cyklu miała być inna powieść, którą Dick pisał w momencie swojej śmierci, i która nigdy nie ujrzała światła dziennego, przez co „Transmigrację…” – ze względu na podobną tematykę – uznaje się za luźną kontynuację poprzednich tekstów, mimo że odróżnia ją od pozostałych jeden istotny element – brak elementów typowych dla science fiction. „The Owl in Daylight” to tytuł niedoszłej powieści, która – oczywiście opierając się na nie do końca potwierdzonych informacjach – zapowiadała się niezwykle ciekawie. Miała opowiadać o niejakim Edzie Firmley’u, kompozytorze przygotowującym muzykę do filmów klasy B, oraz jego zetknięciu się z humanoidalną rasą z odległej galaktyki, charakteryzującą się nietypowym systemem komunikacji bez użycia dźwięków. Szamani owego ludu, wyjątkowi na tle całej rasy, zobaczywszy Ziemię oraz mnogość jej odgłosów, uznali to miejsce za raj, jednak – biorąc po uwagę unikalny rozwój gatunku – nie byli w stanie przekazać tych doświadczeń swoim braciom. Ich najbardziej wyostrzonym zmysłem z kolei miał być wzrok, dzięki któremu potrafili dostrzegać światło i świat w dużo szerszym spektrum niż człowiek, który – w oczach przybyszów – uchodził za istotę prawie ślepą – coś, czym z kolei dla człowieka jest kret (kwestię tajemniczego tytułu mamy rozwiązaną). Losy kompozytora i dziwnych przybyszów stykają się, gdy wiozący ich na Ziemię statek porywa Eda. Obcy umieszczają w głowie bohatera wtyczkę, dzięki której mogą przejmować odbierane przez niego sygnały dźwiękowe, napawając się odmienną gamą dźwięków, jaką oferuje Błękitna Planeta.

Powieść miała być hołdem złożonym „Boskiej komedii” Dantego, której autor był ogromnym wielbicielem. Po wielu próbach odtworzenia pomysłu Dicka, prób wydania ostatniej powieści Amerykanina zaniechano. Książkę o identycznym tytule wydała natomiast jedna z pięciu żon pisarza, Tessa Dick. Zaznaczała jednak wielokrotnie, iż jej tekstu nie bazuje w żadnym stopniu na zarysie sporządzonym przez zmarłego męża, a jej celem było jedynie oddanie niepowtarzalnego ducha powieści Dicka.

Kolejna wycieczka po święty Graal 

Ostatnią powieścią cyklu jest przywoływana wielokrotnie „Transmigracja Timothy’ego Archera”. Tekst był pokłosiem przyjaźni między pisarzem a biskupem Kalifornii, Jamesem Pike’em. Tytułowego Tima Archera śmiało można określić alter ego niesławnego kaznodziei, który także w rzeczywistości – mimo swoich biskupich godności – często kwestionował wiarę i szukał odpowiedzi na nurtujące go pytania, snując rozmaite, niejednokrotnie zwariowane teorie, przypominając momentami Kobioluba Grubasa z pierwszej części trylogii. Podobieństwo widać również w relacjach duchownego z dzieckiem – zarówno u Pike’a, jak i Archera syn popełnia samobójstwo, które z kolei stało się motywacją do serii seansów spirytystycznych, mających umożliwić kontrowersyjnemu biskupowi kontakt ze zmarłym.

Tekst skupia się przede wszystkim na tematyce śmierci. Owszem, poprzednie tomy umownej trylogii również oscylowały wokół śmiertelnych chorób i trudnych pożegnań, tutaj jednak jego tego najwięcej. Co za tym idzie – sporo jest rozmyślań na temat sensu egzystencji oraz przypuszczeń dotyczących życia pozagrobowego. Główny bohater – zafascynowany odwieczną tajemnicą – sięga, podobnie zresztą jak jego rzeczywisty pierwowzór, po rozmaite okultystyczne techniki, by porozumieć się ze zmarłym synem. Pragnienie dotarcia do wiedzy o życiu po życiu prowadzi do oddalenia się od Kościoła. Dystans między biskupem a jego duchownym zwierzchnictwem zwiększa się jeszcze bardziej wraz z pewnym odkryciem, poddającym pod wątpliwość istnienie Jezusa oraz autentyczność jego nauk. Ostatecznie prowadzi to do odejścia Archera/Pike’a od dogmatów wiary katolickiej i kolejnych poszukiwań na własną rękę.

 Między prawdą a Bogiem

Zdania na temat ostatnich powieści Dicka są mocno podzielone. Część pisarzy, jak choćby Ursula LeGuin, zarzuciło autorowi „Ubika” szaleństwo, uznając niedorzeczne teorie i rzekome objawienie za efekt wieloletniego eksperymentowania z narkotykami. W obronie pisarza stanął między innymi popularny polski publicysta i tłumacz, Lech Jęczmyk. W przedmowie do najnowszego wydania „VALISu” przytoczył tezę, którą w powieści „Dziennik” swego czasu postawił amerykański pisarz, Chuck Palahniuk. Autor słynnego „Fight clubu” słowami przepełnionej goryczą protagonistki wysnuł wniosek, iż dopiero w momencie największego cierpienia artysta zdolny jest do tworzenia dzieł wyjątkowych. Swoją teorię podparł kilkoma przykładami, między innymi odwołując się do osoby słynnego włoskiego skrzypka, Paganiniego, którego największe działa powstały w momencie, gdy muzyk poupadał na zdrowiu, dręczony kiepską sytuacją finansową, syfilisem i masą innych chorób. Co ciekawe, podobny wniosek wysnuł Henry Miller, z tym, że w bardziej dziejowym sensie. W napisanej po powrocie z dziesięcioletniego pobytu na obczyźnie powieści „Klimatyzowany koszmar” pisarz stwierdza, że największy rozwój sztuki przypadał na czasy największej niedoli i cierpienia, tłumacząc w ten sposób słabą kondycję ówczesnych przedstawicieli amerykańskiej bohemy. Podobnie jest z Dickiem, którego Jęczmyk stara się bronić, podając za przykłady poniektóre sceny powieści, które okazują się bardziej przemyślane, niż można by sądzić na pierwszy rzut oka.

Fakt, iż ostatnie powieści Dicka poświęcone były przede wszystkim metafizycznym rozmyślaniom, nadaje „Trylogii VALISa” pewnej symboliki na tle całej twórczości autora. Jego sytuacja przypomina nieco znakomity film „American Beauty”, gdzie grany przez Cevina Space’ego bohater na rok przed śmiercią – o której oczywiście nie miał zielonego pojęcia – zaczyna zmieniać swoje życie i spełniać najbardziej skryte marzenia. Podobnie jest z Dickiem, który, mimo że nie spodziewał się swojej śmierci, na kilka lat przed nią zaczął szukać odpowiedzi na nurtujące go przez większość życia kwestie. To, czy obecnie pije po drugiej stronie Absynt z Hemingwayem, powrócił jako bothisattwa czy też osiągnął nicość, pozostaje osądzać filozofom i religioznawcom. Ci zresztą docenią boskość jego ostatnich powieści w szczególności.

Felieton pierwotnie publikowany w czasopiśmie "Czas Fantastyki" (nr 3/2012).

środa, 1 sierpnia 2012

Philip K. Dick – Człowiek z Wysokiego Zamku


Żonglując historią

Społeczeństwo amerykańskie coraz częściej jest poddawane wpływom kultury dalekowschodniej, myśliwce Luftwaffe przelatują swobodnie nad terenami Stanów Zjednoczonych, Niemcy rozpoczynają kolonizację Marsa, a eksterminacja Żydów i Słowian osiągnęła apogeum, doprowadzając prawie do wyniszczenia ras. Taką wizję zwycięstwa II Wojny Światowej przez państwa Osi przedstawia nam Philip K. Dick w jednej z swych najistotniejszych powieści – „Człowieku z Wysokiego Zamku”.

Trzeba przyznać, że autorowi nie brakowało wyobraźni, jeśli chodzi o kreację alternatywnego świata. Dick skrupulatnie opisuje wpływy, jakie dwa zwycięskie mocarstwa – Japonia i Niemcy – wywierają na USA i resztę świata. Taoizm wraz z chińską księgą wróżebną, traktowaną jako niezawodne źródło porad, opanowały amerykańskie społeczeństwo, atmosfera ciągłego zagrożenia charakterystyczna dla państw Europy okupowanych podczas drugiej wojny światowej dotknęła również Stany, a polityczne intrygi należą do codzienności. W obliczu okupanta pojawiają się także masy oportunistów, pragnących przypodobać się przedstawicielom obcej kultury, nie potrafiąc jednocześnie jej dobrze zrozumieć.

W ciekawy sposób przedstawione są również stosunki między Niemcami a Japonią. Dwójka okupantów rywalizuje ze sobą na każdym polu, począwszy od machinacji politycznych i poszerzania wpływów, skończywszy na działaniach zbrojnych („Plan Dmuchawiec”), co w efekcie przypomina „zimną wojnę” odbitą w krzywym zwierciadle i stanowi jeden z najważniejszych wątków tekstu.

Powieści nie można jednak rozpatrywać jednoznacznie. Tytułowy Człowiek z Wysokiego Zamku, Hawthorne Abendsen, napisał bowiem książkę, w której to naziści przegrywają wojnę. Wątek ten przeplata się przez cały tekst, ostatecznie odpowiadając na pytanie, co jest prawdą, a co jedynie złudną fikcją. Autor prowadzi nietypową grę z czytelnikiem, w efekcie ten przez cały czas nie ma pewności, która z przedstawionych wizji jest realna.

Warto zwrócić uwagę na wielowątkowość książki. Dick ukazuje czytelnikowi wewnętrzne działania polityków na światowym szczeblu, historię powstania znienawidzonej przez nazistów powieści, motyw oportunistycznej postawy wobec narzucającej trendy i sposób myślenia, egzotycznej kultury czy nawet z pozoru nieistotne losy dwóch sprzedawców podrabianej biżuterii. Wszystko to przeplata się ze sobą, tworząc zgrabną mozaikę.

Interesująca, choć momentami nieco okrutna i bezpardonowa wizja świata po II Wojnie Światowej autorstwa Philipa K. Dicka miała prawdopodobnie największy wpływ na liczbę nagród, jaką powieść uzyskała. Choć nieco krótka i momentami poplątana, warto ją poznać – choćby ze względu na poruszenie kwestii okrucieństwa i głupoty nazizmu czy wpływu kultury okupanta podczas etapu postwojennego.

piątek, 13 lipca 2012

Stanisław Lem – Solaris


To żyje!

Dziesiątki wydawanych regularnie wznowień, trzy niezwykle popularne ekranizacje i jedno nazwisko. To, że „Solaris” Stanisława Lema jest jednym z najwybitniejszych osiągnięć literatury science-fiction, pozostaje faktem niezaprzeczalnym. Za sprawą czego jednak książka zyskała tak ogromny rozgłos?

Kris Kelvin przybywa na Solaris, tajemniczą planetę, będącą dla Ziemian na etapie poznawania, by wesprzeć tamtejszą stację badawczą. Wieści, którymi bohater zostaje powitany, nie należą do najweselszych – jeden z jego znajomych, pracujący na stacji Gibarian, okazuje się być martwy. Dodatkowo atmosfera wśród stacjonujących wydaje się cokolwiek dziwna. Z czasem Kelvin poznaje przyczynę owej paranoi, powiązaną mocno z największym sekretem Solaris – niezbadanym oceanem, przypominającym strukturą i wywieranym na otoczenie wpływem żywą istotę.

„Solaris” to niezwykle oryginalne spojrzenie na problem pierwszego kontaktu. Przebywający na stacji bohaterowie spotykają idealnie odwzorowane modele niekiedy już nieżyjących ludzi, których spotkali lata temu na Ziemi. Mają świadomość, że po części są one tworem ich wspomnień, po części dziełem obecnej na planecie, niewyjaśnionej siły, która nadaje im fizyczny kształt. Wszystko to sprawia, że to nie spotykani na stacji ludzie z przeszłości a ich kreator, owiany tajemnicą ocean, ukazany jest jako obca forma inteligencji, z którą kontaktu próbują podjąć się bohaterowie powieści.

Tekst ukazuje kruchość i brak znaczenia człowieka we wszechświecie. Wspomniany ocean, w stosunku do istoty ludzkiej, sprawia wrażenie niezmierzonego molochu, kierującego się własnymi, pokrętnymi zasadami i niezrozumiałą dla człowieka logiką. Efektem tego nie tylko kontakt, ale nawet próby zbadania tajemniczej masy kończą się fiaskiem, co podkreśla słabość ludzkiej rasy. Ostateczne porównanie oceanu do zalążka rozwijającego się bóstwa chyba najtrafniej oddaje przepaść między nim a człowiekiem.

„Solaris” to nie tylko jednak interesujące spojrzenie na pierwszy kontakt, ale również świetna powieść. Autor rozwija równolegle kilka wątków, połączonych wspominanym wyżej motywem badania planety. Mamy do czynienia z problemami natury uczuciowej, kwestią niezgodności w grupie, wywołaną zgubnym wpływem paranoi i wzajemnych podejrzeń, oraz wciągającymi opisami planety – jej historii, warunków geograficznych i atmosferycznych, a także przebiegu poszczególnych badań i natury wyjątkowego oceanu. Wszystkie wątki przeplatają się, nadając akcji tempa, a biorąc pod uwagę niezbyt duży rozmiar powieści, całość czyta się w mgnieniu oka. Kolejnym atutem temu sprzyjającym jest styl Lema. Pisarz stroni od fachowego języka, dostosowując poziom do przeciętnego odbiorcy, dzięki czemu język nie koliduje z szybkością pokonywania kolejnych rozdziałów.

„Solaris” jest powieścią, która powinna przypaść do gustu zarówno ortodoksyjnym fanom science-fiction, jak i najzwyklejszym miłośnikom dobrej literatury. Lemowi z łatwością udaje się połączyć naukowe wywody i niezwykle interesujące teorie z porywającą fabułą, dzięki czemu spektrum potencjalnych odbiorów powinno być szerokie. Dodatkowym atutem jest także wyjątkowa, mroczna i duszna atmosfera powieści, spowodowana ciągłym zagrożeniem i świadomością odcięcia od wszelkich form cywilizacji. 



Jedna z trzech wspomnianych w leadzie ekranizacji jest stosunkowo świeża, poniżej wrzucam trailer. Clooney w roli głównej, więc panie powinny być wniebowzięte ;)

PS Film obejrzałem i stwierdzam, że jest strasznym gniotem. Najważniejsze wątki zostały pominięte (nawet nie ma mowy o wspomnianym oceanie, chyba najważniejszym elemencie Solaris), a całość przypomina nakręcone bez polotu romansidło.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Rafał Kosik – Mars

Mars rodzi wojnę

Mars to planeta najbardziej zbliżona do Ziemi pod względem warunków klimatycznych i pór roku. Nic więc dziwnego, że motyw kolonizacji Czerwonej Planety powracał już i jeszcze będzie powracał, zarówno w literaturze i filmie, jak i w grach komputerowych – przykłady można by mnożyć bez końca. Wizja zaludnienia czwartej pod względem oddalenia od Słońca planety Układu Słonecznego wpłynęła również na wyobraźnię polskiego pisarza, Rafała Kosika, czego pokłosiem jest wznowiony niedawno "Mars".

Jest rok 2305. Czerwona Planeta, mimo coraz wyższego stopnia kolonizacji, nadal pozostaje niegościnna dla przybyłych z Ziemi osadników. Problemy z nikłą ilością wody, niszową żywnością i upalnym, uniemożliwiającym rozwój właściwej flory klimatem należą do codzienności, dostarczając naukowcom odpowiedzialnym za terraformowanie planety powodów do dalszych ingerencji w jej strukturę. Jednym z tajnie opracowywanych rozwiązań jest nakierowanie wybranej uprzednio komety na biegun północny Marsa w celu roztopienia tamtejszej zmarzliny, co z kolei ma spowodować zwiększenie ilości wody, regularne deszcze i – w konsekwencji – poprawę surowych warunków.

Powieść przedstawia dwie odrębne historie, rozgrywające się w trzydziestopięcioletnim odstępie czasu. Pierwsza z nich opowiada o kulisach streszczonego wyżej projektu Waterfall, w który zamieszanych zostaje kilku przypadkowych bohaterów. Druga cześć, dużo bogatsza w interesujące przemyślenia i nietypowe tezy, opowiada o prywatnym śledztwie niejakiego Jareda, archeologa, oraz towarzyszącej mu dziennikarki, Valerie, którzy – odkrywszy ludzkie szkielety sprzed kilkunastu tysięcy lat – postanawiają znaleźć odpowiedź na pytanie, kim naprawdę byli pierwsi osadnicy Czerwonej Planety.

W pierwszej kolejności w oczy rzuca się świetne zobrazowanie warunków panujących na Marsie. Pomijając suche opisy, najbardziej interesująco prezentują się detale, ukazywane z perspektywy zwykłych ludzi. Dla przykładu – przybywający z Ziemi bohater pierwszej części powieści, Allen Ryan, dopiero zaczyna przyzwyczajać się do zmian, dzięki czemu zwraca uwagę na drobiazgi, takie jak choćby problem ze swobodnym paleniem cygara, wynikający z faktu, że Czerwona Planeta posiada zupełnie inną atmosferę, czy różnice wagowe związane z odmienną siłą ciążenia. Wszystko to dodaje wydarzeniom wiarygodności. Tej niestety nie zapewniają sami bohaterowie. Postaci z obu części są po prostu poprawne, brakuje im jednak cech, które sprawiłyby, że pozostaną one w pamięci czytelnika na dłużej. Przekłada się to często na sztywne dialogi i niezbyt autentyczne relacje. Jeśli chodzi o te ostatnie, szczególnie irytują tworzone na siłę wątki miłosne. W momencie gdy dwie osoby różnych płci spotykają się i zaczynają współpracować, pisarz nie może się powstrzymać przed wprowadzeniem bezbarwnego romansu, którego jedynym potwierdzeniem zdają się być kiepsko opisane sceny seksu, nie zaś łączące bohaterów relacje.

Kosik ze sporą dawką pesymizmu rozwodzi się na temat ludzkiej natury. Dotyka to zarówno samej idei kolonizacji, której prawdziwy cel – przybliżony na ostatnich kartach powieści – mocno zaskakuje, jak i wykorzystywania postępu technicznego przez ludzi coraz bardziej uwikłanych w wirtualne światy, które oferują najnowsze dostępne na rynku oprogramowania. Autor zauważa głównie destrukcyjną stronę ludzkości, która – dążąc do coraz wygodniejszej pozycji – nie jest w stanie myśleć o przyszłych pokoleniach, skutkiem czego prowadzi do powolnej autodestrukcji gatunku (miłym wyjątkiem od reguły jest tutaj postać Richarda Griffina, polityka mocno zaangażowanego w naprawę planety).

"Mars" to również (a może przede wszystkim) świetne science fiction ze sporą dawką thrillera, dzięki czemu powieść czyta się z prędkością światła. To, w połączeniu z nieco defetystycznym spojrzeniem na rozwój ludzkości, masą ciekawych spostrzeżeń i dokładnie zobrazowanym życiem na Czerwonej Planecie, rekompensuje nieudane kreacje i nic nie wnoszące wątki osobiste, ostatecznie zasługując na książkowe świadectwo z paskiem. Koniecznie czerwonym! 

Pierwotnie publikowane w serwisie POLTERGEIST.

czwartek, 29 marca 2012

Stanisław Lem – Dzienniki gwiazdowe

Totalny odlot

Nie można chyba sobie wyobrazić bardziej kosmicznego prezentu od tego, o jaki ostatnio postarało się Wydawnictwo Literackie, wydając na nowo najbardziej znane teksty autorstwa Stanisława Lema, jednego z nielicznych polskich pisarzy, których nikomu nie trzeba przedstawiać. Wśród między innymi takich tytułów jak „Solaris” czy „Bajki robotów” znalazło się również miejsce dla najdłuższego z napisanych przez autora cyklów – przygód Ijona Tichego.

„Dzienniki gwiazdowe” to nic innego jak zbiór opowiadań, których elementem łączącym jest postać wspomnianego bohatera. Śmiało można określić go mianem „kosmicznego wagabundy” – to żądny przygód, niezmiernie ciekaw wszechświata i wszystkich jego elementów wędrowiec, przemierzający uniwersum w poszukiwaniu coraz to nowszych wrażeń. Z miejsca można uznać Tichego za postać sympatyczną; niepoprawnego optymistę, czasem nieco naiwnego, ale zawsze sprytnego i pomysłowego. Z obrazem tym współgra świetny, pełen humoru styl autora, dzięki któremu zwykłe sytuacje nabierają często zabawnego charakteru, a te z założenia zabawne wywołują salwy śmiechu. Kolejnym atutem pióra polskiego pisarza jest zrozumiałość. Nie uświadczymy tu zalewu ciężkich sformułowań czy potoku pseudointelektualnego bełkotu. Owszem, przedstawione wizje często wymagają intensywnego wysilenia wyobraźni i umysłu, jednakże wszystkie bardziej skomplikowane pojęcia są wyjaśniane, niekiedy nawet z prostotą, nasuwającą skojarzenie z książkami dla dzieci.

Nie oznacza to jednak, że Lem obraca się jedynie wokół błahych kwestii. Autor filozofuje na każdym kroku, a ilość pomysłów przyprawia o ból głowy. Porusza także masę intrygujących i mających spore znaczenie kwestii związanych z ludzką naturą. Przykładem jest choćby „Podróż jedenasta”, gdzie stara się uwypuklić najgorsze cechy człowieka – tchórzliwość, uległość i tendencję do zdrady, nasuwające skojarzenia z obecną sytuacją kraju w momencie, gdy teksty powstawały (od początku lat pięćdziesiątych po lata osiemdziesiąte). Pisarz jednak nawet przez chwilę nie traci przy tym humoru, ubierając odrażającą prawdę w zabawną formę. Kolejna istotna kwestia to temat coraz większego zagrożenia spowodowanego rozwojem technologii, którego efektem jest powstanie inteligentnych i samodzielnych maszyn, mogących w przyszłości przynieść ludzkości zagładę („Podróż dwudziesta czwarta”).

Zbiór podzielony jest na dwie części, nazwane dziennikami oraz wspomnieniami Ijona Tichego, które – choć pod względem tematyki pozostają podobne – różnią się formą. Pierwsza część ma bardzo przygodowy charakter – opisuje podróże bohatera, jego niesamowite przeżycia, od czasu do czasu przemycając ważkie kwestie. Natomiast „Ze wspomnień Ijona Tichego” to opowiadania bardziej statyczne, skupiające się na konkretnej tezie czy problemie, którego rozwiązanie zajmuje lwią część każdej z historii. Nietypowe jak na tamte (a niekiedy nawet dzisiejsze) czasy pomysły czy wyjątkowe rozważania zaskakują ogromem wyobraźni i oryginalności, jak choćby idea „przedniej i tylnej śmierci”.

„Dzienniki gwiazdowe” to zbiór wciągających niczym czarna dziura opowiadań, przeznaczonych nie tylko dla wielbicieli science-fiction, ale każdego miłośnika literatury z polotem i wyważonym poczuciem humoru. Duże brawa należą się tu również odpowiedzialnemu za dobór opowiadań Jerzemu Jastrzębskiemu, ponieważ większość historii trzyma równy, wysoki poziom. Lecąc do księgarni macie pełne pozwolenie na lądowanie przy regale oznaczonym trzema literami: „Lem”.

Pierwotnie publikowane w serwisie Gildia..pl.

poniedziałek, 5 marca 2012

Brian W. Aldiss – Superpańswo

Teatr absurdów

Niedaleka przyszłość. Zjednoczona Europa szykuje się do zbadania jednego z księżyców Jowisza, zmagając się jednocześnie z zagrożeniem globalnego ocieplenia oraz niewielkim muzułmańskim krajem, do którego niechęć społeczeństwa narasta z dnia na dzień. Widmo wojny jest bliskie, skala rasizmu i narodowościowo-religijnych uprzedzeń coraz większa, ludzkie jednostki zaś w zastraszającym tempie zastępowane są przez androidy. Taką wizję przedstawia "Superpaństwo", powieść Briana W. Aldissa, cenionego brytyjskiego pisarza science fiction.

Tekst wyraźnie piętnuje całe mnóstwo społecznych zachowań, a także politykę Unii Europejskiej, dążącej do zlikwidowania różnic między poszczególnymi państwami. Aldiss uświadamia nam, że tworząc jedną spójną kulturę o podobnych obyczajach i poglądach, powodujemy wzrost kontrastu między Europejczykami a mieszkańcami reszty świata, szczególnie innego wyznania czy koloru skóry. Obraz przedstawiony w Superpaństwie nasuwa pewne skojarzenie z "Nowym wspaniałym światem" Huxleya. Mimo wyraźnych wad opisanego porządku, obywatele Superpaństwa są z niego zadowoleni, nie zważając na nękające ich plagi, takie jak konsumpcjonizm, spadek wartości więzi międzyludzkich, rosnącą biurokrację i uprzemysłowienie, wyścig szczurów, przesadną ambicję czy zastępowanie androidami ludzi na stanowiskach od wieków przez nich piastowanych.

Krytyka wyżej wymienionych przybiera dwie formy: autor albo stara się za pomocą wyważonego humoru przedstawić absurdy wynikające z danego stanu rzeczy, albo potępia poszczególne zjawiska ustami Pomyleńców, skrajnego, tajemniczego ugrupowania, które atakuje media swoimi krytycznymi komentarzami, dążąc do obalenia status quo. Pierwszy sposób wypada świetnie – pisarz sprawnie posługuje się czarnym humorem i groteską, uświadamiając istotne problemy za pomocą zabawnych komentarzy (szczególnie w rozmowach androidów, dywagujących na temat często niedorzecznych ludzkich zachowań) i komicznych sytuacji. Drugi pomysł ma się już nieco gorzej, gdyż w swojej natarczywości sprawia wrażenie męczącej agitacji. Trzeba jednak przyznać, że słowa radykalnej grupy poruszają masę problemów, szukając dla nich rozwiązań we wszystkich niemal dziedzinach – od psychologii, poprzez geologię, aż po fizykę.

Powieść rozpoczyna się przyjęciem weselnym Esmy Brackentoth i Victora de Bourceya, syna prezydenta Unii Europejskiej. Podczas uroczystości czytelnik poznaje masę postaci, których losy ma okazję śledzić przez resztę historii. Mamy tu perypetie niezbyt udanego małżeństwa, sprawozdanie z pierwszego lądowania na księżycu Jowisza, zabawny wątek pisarki znanej z praktykowania autourynoterapii, spisek mający na celu obalenie głowy państwa oraz okoliczności wybuchu wspomnianego wyżej konfliktu. Wątków jest naprawdę sporo, można jednak odnieść wrażenie, że niektóre z nich autor potraktował po macoszemu. Początkowo wprowadza masę bohaterów, z których część szybko zostaje uśmiercona, ich losy ucięte w nieodpowiednim momencie, przez co nie wywierają większego wpływu na całość historii.

O samych postaciach nie można jednak powiedzieć złego słowa. Portrety są wyraziste, zróżnicowane i, co najważniejsze, wielowymiarowe – osoby te mają swoje bolączki, cele oraz światopoglądy, które często zderzają się, wywołując lawiny kłótni i nieporozumień. Nie brakuje też figur zabawnych, jak wspomniana wyżej pisarka czy ekscentryczny starszy pan, głowa wpływowej rodziny, któremu w ostatnich dniach życia wspomnienia ukrywanych przez lata erotycznych wojaży zaczęły płatać figle.

Największym mankamentem książki jest jakość wydania. Spora ilość literówek czy niekiedy nawet brakujących wyrazów to nie jedyny zarzut, jaki można postawić odpowiedzialnemu za korektę Humbertowi Muhowi. W tekście nietrudno o całą masę powtórzeń oraz błędów składniowych i wynikających z nich paskudnych zdań, które summa summarum nawet nie tyle irytują, co mocno utrudniają czytanie.

"Superpaństwo" to bardzo interesująca, wypełniona po brzegi groteską wizja przyszłości Europy, ukazująca integrację państw Starego Kontynentu od ciemnej strony. Aldiss wyśmiewa wiele dzisiejszych zjawisk, domyślając się ich bolesnych następstw w przyszłości. Jednocześnie całkiem na poważnie filozofuje na temat człowieka, jego pochodzenia, dążeń i sensu istnienia, rzucając światło na wiele dziedzin nauki i życia. Pozytywny efekt psuje odrobinę niechlujne wydanie oraz fabuła, która – mimo iż rozbudowana – nie podąża w żadnym konkretnym kierunku, służąc jedynie za nośnik informacji i prezentację poglądów pisarza. Na szczęście te ostatnie bronią się same.

Pierwotnie publikowane w serwisie POLTERGEIST.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Philip K. Dick – Boża inwazja

Boski dar tworzenia

"Valis", pierwszy tom nieoficjalnej trylogii o tym samym tytule, to wymykająca się wszelkim konwencjom powieść, w której Philip K. Dick, jeden z najbardziej kontrowersyjnych amerykańskich pisarzy – schizofrenik i narkoman, stworzył szaloną mieszankę różnej maści religijnych dogmatów, wplatając w to autobiograficzny wątek rzekomych własnych wizji doświadczonych w 1974 roku. Luźną kontynuacją tejże historii jest "Boża inwazja" zawierająca kolejne odpowiedzi na pytania o sens istnienia świata i ludzkiej egzystencji.

Głównym bohaterem powieści jest Herb Asher, ziemski kolonista na planecie CY-30 CY-B, mający za zadanie odbieranie sygnałów wysyłanych przez satelity. Pewnej nocy słyszy głos przedstawiający się jako Jah, miejscowe bóstwo czczone przez autochtonów – zamieszkujących planetę, mało inteligentnych robotów. Istota we śnie uświadamia Asherowi, iż jego znajoma, Rybys, nosi w sobie boską istotę, którą – z powodu ciężkiej choroby – będzie w stanie urodzić jedynie na Ziemi, parodiując w ten sposób biblijną opowieść o niepokalanym poczęciu. Tajemniczy głos zleca protagoniście zawarcie formalnego związku z kobietą oraz opiekę nad nią podczas podróży na Błękitną Planetę, gdzie Bóg – zaraz po swoim przyjściu na świat – zamierza dokonać całkowitej zagłady uniwersum. Po dotarciu na miejsce Rybys ulega jednak wypadkowi, w wyniku którego traci życie. Dziecko rodzi się żywe, jednakże w skutek powikłań na dziesięć lat traci pamięć, a wraz z nią wszelkie wspomnienia dotyczące celu swojej wizyty.

Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest fabuła, którą – w porównaniu z chaotyczną historią z "Valisa" – śmiało można określić mianem płynnej. Akcji jest więcej, kolejne wątki rozwijają się konsekwentnie, a bohaterowie nie sprawiają wrażenia nawet w połowie tak szalonych, jak choćby Koniolub Grubas z poprzedniego tomu, przez co całość jest dużo bardziej zrozumiała i logiczna.

W przeciwieństwie do "Valisa", gdzie Dick odniósł się do ogromnej liczby wyznań i ruchów religijnych, w Bożej inwazji autor czerpie głównie z Biblii, kabały oraz gnozy. Idea tej ostatniej ma największy wpływ na kształt powieści – autor przeistacza stare podania, według których na początku pojawiły się dwie bliźniacze istoty mające wykreować swoje odrębne światy. Jedna z nich okazała się jednak kaleką i to właśnie ona stworzyła miejsce pełne wad, w którym żyjemy. Naprawę tegoż uniwersum postawił sobie za cel jej antagonista, który od wieków stara się do niego przeniknąć, by dokonać tytułowej bożej inwazji.

Tym razem autor, rozwodząc się nad przyczyną ziemskich nieszczęść i niedoskonałości, takich jak nieuleczalne choroby czy śmierć, zastanawia się, jak wyglądałby świat idealny, pozbawiony wszelkich błędów. Następnie konfrontuje tę idylliczną wizję z rzeczywistością, która – w swoim założeniu – miała być szara i dzięki temu realna, dochodząc ostatecznie do wniosku, że jedynie prawda, choćby najbardziej bolesna, daje właściwą satysfakcję; świat doskonały natomiast zawsze pozostanie nieprzynoszącą spełnienia iluzją, którą zdradza wieczna nieskazitelność.

Dick zastanawia się również nad rosnącym zaufaniem do nauki, prowadzącym do braku jakichkolwiek wątpliwości dotyczących struktury świata oraz coraz rzadszych rozważań filozoficzno-egzystencjalnych społeczeństwa. Tworząc alternatywną wizję Ziemi opanowanej przez tak zwany Światopogląd naukowy, odsuwający w cień sens wiary i pozostawiający badania bytu jedynie dziedzinom ścisłym, zwraca uwagę na ważkość takowych refleksji, gdyż – jak słusznie zauważyła w przedmowie Maja Lidia Kossakowska – z biegiem lat coraz mniej osób poświęca czas tego typu problemom, a ci, którzy się na to porywają, często uważani są za dziwaków lub wręcz chorych psychicznie.

I nawet jeśli właśnie tego pokroju człowiekiem był Philip K. Dick, jego choroba okazała się katalizatorem zapewniającym masę szalenie oryginalnych pomysłów, które przyczyniły się do powstania powieści nieśmiertelnych, jak choćby omawiana "Boża inwazja" – urzekająca poziomem wyobraźni pisarza i poruszająca aktualne po dziś, choć może lekko ignorowane kwestie. Warto sięgnąć zarówno po tę, jak i poprzednią część słynnej trylogii, by wraz z autorem zanurzyć się w oceanie ciężkich pytań i jeszcze trudniejszych, często niejednoznacznych odpowiedzi. 

Pierwotnie publikowane w serwisie POLTERGEIST.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Peter Watts - Rozgwiazda

Pełne  zanurzenie

Ledwie muśnięte ludzkim dotykiem morskie głębiny to temat fascynujący i dający ogromne pole do popisu wyobraźni twórcy. Nikt nie wie tego lepiej niż Peter Watts, doktorat biologii morskiej, którego „Rozgwiazda” łączy w zgrabny sposób wątki naukowe z elementami dobrze napisanej powieści.

Znajdująca się trzy kilometry pod powierzchnią Oceanu Spokojnego elektrownia potrzebuje obsługi. Jak się jednak okazuje, jedynymi, którzy są w stanie przebywać na tejże głębokości, są ludzie przyzwyczajeni do ciągłego stresu, fizycznego bólu i pogardy, a więc różnej maści społeczni odszczepieńcy, outsiderzy i mordercy, zazwyczaj niezbyt zdrowi na umyśle. Jakby tego było mało, cała załoga zostaje genetycznie zmodyfikowana i przystosowana do warunków panujących na dnie Pacyfiku. Obfituje to od samego początku plejadą niezwykłych, tajemniczych postaci, jak choćby Gerry Fischer, który pod względem wyboru partnerów łóżkowych (a w szczególności ich wieku) przypomina pewnego bohatera Nabokova. Watts w dużej mierze skupia się na psychice bohaterów, ukazując wpływ nietypowego otoczenia na ich wewnętrzną przemianę bardzo drobiazgowo.

Biorąc pod uwagę sposób, w jaki autor obrazuje atmosferę ryftu, trudno nie dostrzec analogii do innej  powieści jego autorstwa – „Ślepowidzenia”. Oceaniczne dno wydaje się w ten sam sposób niebezpieczne i nieprzewidywalne, co niezbadane przestrzenie kosmiczne; życie na nim jest równie ubogie, a warunki nieznośne. Do tego dochodzi nieustanne odczucie zagrożenia, czyhającego w morskich otchłaniach, które potęguje specyficzny, surowy język, pełen zimnych kalkulacji, nie rażący jednak przesadną ilością naukowych pojęć, co po porównywalnie ciężkim, pełnym fachowego słownictwa „Ślepowidzeniu” stanowi przyjemną odskocznię.

„Rozgwiazda” porywa rozmiarem swej wizji, nietuzinkowymi postaciami oraz nietypową atmosferą wszechobecnego mroku i odosobnienia. Watts podobnie jak Hesse stara się scalić dwie natury – ludzką i zwierzęcą – w jedno, zastanawiając się nad przyczynami odhumanizowania oraz jego skutkami. Warto „zanurzyć” się na te kilkanaście godzin – samo zakończenie jest w stanie wstrzymać oddech na długo.


Jako bonus utwór, który - według autora - idealnie wprowadzą w atmosferę powieści. Oceńcie sami.