piątek, 16 października 2015

Marcin Kołodziejczyk - Dysforia. Przypadki mieszczan polskich



Z kamerą wśród Polaków

Krytyka ery konsumpcji poszerza się o coraz to nowsze formy. Jakiś czas temu publicystyce o charakterze krytycznym sensu stricto zaczęła towarzyszyć krytyka beletrystyczna, która prezentowała problem w nieco mniej naukowej formie, tym samym popularyzując dyskurs. W ślad za powieściami szybko poszła poezja oraz – jak się okazuje – także reportaż.  Dysfornia. Przypadki mieszczan polskich autorstwa Marcina Kołodziejczyka to zbiór piętnastu tekstów, utrzymanych w formie luźno rozumianego reportażu, poświęcony kondycji społecznej Polaków oraz największym przywarom współczesnego człowieka.

Autor tekstów analizuje społeczeństwo pod każdym możliwym kątem, dzięki czemu obraz przedstawiony w Dysforii… jest przekrojowy i wiarygodny – mamy okazje przyjrzeć się poczynaniom nowobogackich przyjezdnych (tak zwanych „słoików”), rozwijających swoje skrzydła w stolicy i innych większych miastach; spokojnemu życiu zubożałych Warszawiaków, znających miasto od pokoleń, czy choćby kolacji świątecznej wystawianej przez typową polską rodzinę, gdzie lejąca się litrami hipokryzja zakąszana jest obłudą i nienawiścią.

Wielowymiarowość to główny atut tekstów Kołodziejczyka. Autor, ukazując rozmaite grupy społeczne i analizując ich zachowania pod kątem podobnego problemu, wydaje się bezstronny, gdyż sięga sedna sprawy, nie wskazując jednocześnie grupy, która byłaby za istnienie danego problemu bardziej lub mniej odpowiedzialna. Co więcej, krytyka konsumpcjonizmu oraz współczesnych trenów jest w Dysforii…wyjątkowa ze względu na fakt, iż autor przedstawia rzeczone zjawiska, zapewniając im jednocześnie szerokie tło środowiskowe. Dzięki temu kwestie interesujące autora zostają głębione dużo bardziej, gdyż o ile przykładowo problem konsumpcjonizmu w skali światowej ma jakiś mglisty obraz, o tyle wyraźnie jesteśmy w stanie dostrzec i zrozumieć intencje trzydziestoletniej Kasi, która pracując dla jednej z warszawskich korporacji boryka się z problemami typowymi dla współczesnych yuppie.

Zbiór Kołodziejczyka jest bliższy rzeczywistości niż jakakolwiek inna polska powieść poświęcona podobnym problemom głównie ze względu na fakt, iż autor Dysforii… – w przeciwieństwie do choćby Doroty Masłowskiej czy Karpowicza – nie stara się naśladować sposobu, w jaki z dyskursem radzi sobie literatura zachodnioeuropejska czy amerykańska. Zamiast tego Kołodziejczyk używa najprostszego reportażowego chwytu – przedstawia rzeczywistość taką, jaka jest, jednocześnie jednak od czasu do czasu wskazuje miejsca, na które czytelnik powinien zwrócić szczególna uwagę. Dzięki temu dostrzegamy poszczególne problemy, jednakże w sposób, który nie zniekształca obrazu rzeczywistości.

Autor zdaje się rozumieć doskonale nie tyle nawet problemy współczesności co po prostu Polskę. Polskę o różnych obliczach – zarówno tych zarumienionych, przepitych i pomarszczonych, jak i zadbanych, pielęgnowanych za pomocą drogiego peelingu, spoglądających w przyszłość z fałszywym uśmiechem, mającym świadczyć o wątpliwym sukcesie. Dlatego też po Dysforię. Przypadki mieszczan polskich sięgnąć zdecydowanie warto – jedni zobaczą w niej lustrzane odbicie siebie, inni wnikliwą, nieco zgorzkniałą analizę współczesnej Polski.

czwartek, 21 maja 2015

Wojviech Kuczok - Obscenariusz



Festiwal wytrysków


Wojciech Kuczok analizuje naturę mężczyzny, starając się ugryźć jego psychikę oraz motywy postępowania od każdej możliwej strony. Formą literacką idealną do tego typu rozważań wydaje się zbiór opowiadań, umożliwiający przebieg przez kilka zupełnie odmiennych historii, które ostatecznie łączy męski punkt widzenia. W ten sposób najkrócej można opisać Obscenariusz, najnowszy zbiór opowiadań pisarza.

Książka zawiera osiem historii, a akcja każdej z nich toczy się w innym czasie i miejscu. Obscenariusz otwiera opowiadanie zatytułowane Przyjdź do mnie – jest to zdecydowanie najdłuższy tekst (zajmuje prawie połowę dwustustronicowego zbioru), przedstawiający dzieje Marii Pietrowny Sachaliny: starzejącej się pisarki, która lekarstwa na niemoc twórczą uparcie szuka w kolejnych litrach alkoholu i seksualnych wybrykach. Te skutkują zawarciem znajomości z Wiktorem Daniłowiczem, biseksualnym redaktorem. Ich relacja – początkowo oparta głównie na seksie – z czasem przeradza się w głębsze uczucie, u Marii Pietrowny zahaczające nawet o obsesję. Zarówno ich spotkania, wypełnione wszelkimi formami fizycznej miłości, jak i korespondencja (mailowa czy telefoniczna) przypominają starcie szaleńców. Spragnieni siebie bohaterowie nie zważają na konsekwencje swych czynów, nie próbują również katalogować swoich uczuć szablonowymi emblematami takimi jak „miłość” czy „przyjaźń”. Pozwalają za to rozgorzeć pożądaniu, które ostatecznie trawi na swojej drodze wszystko.

Warto wspomnień o języku, gdyż wydaje się on kluczowym atutem opowiadań Kuczoka. Autor posługuje się nietypową mieszanką współczesnej mowy potocznej i języka literackiego, wplatając przy okazji wiele nawiązań do dzieł kultury. Dzięki temu w tekstach (a już szczególności w opowiadaniu Przyjdź do mnie) pojawia się cała masa zabawnych gier słownych, bon motów i parafraz (przykładem może być choćby sam tytuł, będący połączeniem słów „obsceniczność” i „scenariusz”). Narracja z kolei bywa bardzo naturalistyczna, w szczególności we fragmentach dotyczących scen łóżkowych – tutaj narrator bywa bardziej dosadny, momentami wręcz wulgarny, co przypomina poniekąd styl, jakim posługiwał się swego czasu Henry Miller. Poniższy cytat stanowi świetny tego przykład:

Maraton seksualny trwał aż do bólów genitalnych. […] Wiktor rozpieprzył ją jak sznycel, wyklepał jej pośladki jak mięso na kotlet. Jej i tak obszerną pochwę porozpychał, przywrócił ją światu rozpusty. […] Rozhuśtał ją na wszystkie strony, z czasem ośmielił się ją pierdolić z nieprzyzwoitą prędkością.  [1]

Pozostałe, krótsze teksty eksplorują tematykę relacji damsko-męskich w równie interesujący sposób. Mamy chociażby stylizowane na literaturę faktu, przewrotne opowiadanie o Balzaku, który okazuje się miłośnikiem polskich burdeli, historię toksycznego kazirodczego związku pewnego nadszarpniętego przez życie rodzeństwa czy też przesiąkniętą filozoficzną refleksją powiastkę o mizantropie i egotyku, mierzącym się z kobiecym pięknem. Walka płci – na rozmaitych płaszczyznach – to właśnie główny problem, z jakim stara się zmierzyć Kuczok w opowiadaniach Obscenariusza.

Interesująca wydaje się mnogość płaszczyzn, na których pojedynkują się bohaterowie opowiadań Kuczoka. Pojawiającym się najczęściej polem walki jest oczywiście kwestia seksu i pożądania – zarówno we wspomnianym już opowiadaniu Przyjdź do mnie, jak i w tekstach Momenty oraz Udręka i ekfraza widzimy zmagania kobiet i mężczyzn, którzy dążą do seksualnego spełnienia bądź – gdy już to zostanie osiągnięte – seksualnej dominacji nad partnerem. Bitwa toczy się również na płaszczyźnie psychologicznej – tekst Bachantka na panterze, opowiadający o wielkim rzeźbiarzu, którego ostatecznie spotyka upadek, pokazuje, jak duży wpływ na psychikę mężczyzny ma nieopanowane pożądanie, otępiające zdrowy rozsądek.

Obscenariusz to zdecydowanie najciekawszy zbiór opowiadań, popełniony do tego pory przez Wojciecha Kuczoka. Na werdykt ten składają się przede wszystkim interesująca tematyka walki płci, uwzględnienie bardzo współczesnych problemów oraz szeroko rozumiana obsceniczność zarówno językowa, jak i obrazowa. Ta ostatnia ma rolę szczególną – pozwala pisarzowi uwolnić się od konwencji szytych według zasad moralnych, dzięki czemu opowiadania zyskują autentyczność i naturalizm, co wydaje się szczególnie istotne w przypadku opisywania relacji damsko-męskich na tak głębokim poziomie.


[1] Kuczok W.: Obscenariusz, wyd. W.A.B., str. 40.

czwartek, 23 kwietnia 2015

Z powrotem jak hobbit

Witam wszystkich ciepło po prawie dwóch latach milczenia. Jeśli są tutaj jacyś regularni czytelnicy (w co szczerze wątpię), czuję się wobec nich co najmniej zobowiązany wytłumaczyć brak odzewu z mojej strony. Otóż już jakiś czas temu zrezygnowałem ze współpracy z portalami internetowymi poświęconymi literaturze fantastycznej, zakończyłem również swoją karierę oficjalnego recenzenta portalu Lubimy Czytać. Zalew kolejnych powieści do zrecenzowania był niemożliwy do pogodzenia ze stałą pracą oraz czasem wolnym, jaki każdy człowiek musi mieć. Żeby być szczerym, muszę przyznać, że to jednak nie jedyna przyczyna rezygnacji. Ta wiązała się również z czymś, co określiłbym dyktowanym profilem recenzenckim. Już tłumaczę - bardzo często proponowano mi tytuły, których nie miałem ochoty czytać i recenzować (biorąc pod uwagę, że wszystkie teksty pisałem non profit, to chyba słuszna fanaberia, prawda?), i niejednokrotnie musiałem odmawiać, usprawiedliwiając się kolejnymi kłamstwami. To nie było w porządku wobec tych, którzy przysyłali powieści. Poza tym często pojawiały się życzenia dotyczące samych recenzji - na jednym z portali żądania typu "ta recenzja musi być pozytywna, jeśli ktoś nie chcę takiej napisać, lepiej niech zostawi książkę dla kogoś innego" stanowiły nihil novi. Ale mniejsza z tym, teraz czuję się usprawiedliwiony.

Wracam z blogiem w nieco innej formule. Będę zamieszczał tutaj teksty związane z literaturą, którą uznam za wartą uwagi świata. Obecnie nie jestem związany z żadnym wydawnictwem czy też portalem, dlatego też powieści będę wybierał drogą własnego smaku. Będą to pozycje z różnych czasów i miejsc, jednak mam nadzieję, że połączy je wysoki  poziom. Formuła tekstów również może ulec lekkiej zmianie, ale o tym przekonamy się w najbliższej przyszłości.

Witaj, czytelniku.

czwartek, 23 maja 2013

Peter Watts – Wir



Tornado defetyzmu

Wir to kontynuacja Rozgwiazdy, debiutanckiej powieści kanadyjskiego pisarza science-fiction, Petera Wattsa. O sukcesie poprzedniczki zadecydowała specyficzna atmosfera wyobcowania i izolacji od świata oraz autentyczność, będąca zasługą wykształcenia pisarza. Drugi tom trylogii ryfterów pozbawiony jest pierwszej z powyższych cech, mimo tego jednak nadal trudno mówić o spadku poziomu. Czym broni się Wir?

W ramach przypomnienia: pierwsza część przedstawiała historię kilku outsiderów, wśród których spotkać mogliśmy morderców, pedofilów czy ofiary gwałtu, zesłanych na dno Pacyfiku z zadaniem obsługi podwodnej stacji, czerpiącej energię geotermalną z jednego z kominów oceanicznych. W trakcie prac członkowie załogi przez przypadek uwolnili nieznanego do tej pory mikroba, który zagrażał dalszemu istnieniu wszystkich gatunków. By zapobiec rozprzestrzenieniu się intruza zaangażowana w działania na dnie Oceanu Spokojnego korporacja postanawia wysadzić w powietrze całą stację, pozbawiając życia jej pracowników i likwidując problem w zarodku. Okazuje się jednak, że co najmniej dwóch członków załogi uszło z życiem i dostało się do zachodniego brzegu Stanów Zjednoczonych.

W centrum wydarzeń znów mamy Lennie Clarke, kobietę zahartowaną przez trudne dzieciństwo i żądzę zemsty na ludziach, którzy jako zapłatę za włożony w obsługę stacji trud oferowali jej śmierć. Watts wykreował swego rodzaju Nemezis – postać odzianej w czerń kobiety, która – wynurzywszy się z oceanu – zdeterminowana, kierowana zamiarem wymierzenia sprawiedliwości wręcz prosi się o mityczne skojarzenie. Z czasem jej podróż także nabiera symbolicznego znaczenia, nasuwając skojarzenie z biblijną drogą krzyżową – bita, gwałcona i poniżana brnie przez wypalone i zniszczone trzęsieniami ziemi wybrzeże Ameryki, nie zastanawiając się tak naprawdę dogłębnie nad sensem własnej krucjaty i szansami na powodzenie. Wiedziona wykształconymi w nieludzkich warunkach instynktami, świadomością bycia przez całe życie ofiarą oraz chęcią wyrównania rachunków staje się jednak bohaterem ludu, kimś niemalże czczonym przez marionetkowych obywateli, którzy – podobnie jak ona – zostali dotknięci zniszczeniem, spowodowanym decyzjami potężnych korporacji.

Jak wspomniałem, w Wirze nie doświadczymy atmosfery charakterystycznej dla poprzeczniki. Akcja prawie całej powieści toczy się na kontynencie, gdzie cisza i prowadząca do szaleństwa atmosfera samotności zostają zastąpione przez równie destruktywny chaos, zniszczenia i anarchię. Tym razem Watts skupia się na tematyce nieco banalniejszej niż w części pierwszej. Przeciwnikiem bohaterów oraz zagrożeniem, przed jakim chce nas ostrzec autor, jest bowiem rozwijająca się w niezwykłym tempie technika, której twory pod względem sztucznej inteligencji coraz szybciej zaczynają dorównywać człowiekowi. Podążając śladem bohaterów widzimy panoramę społeczeństwa sterowanego elektroniką i coraz nowszymi zdobyczami ludzkiego umysłu, mającymi wpływ na wszystkie dziedziny życia – karierę zawodową, praktyki seksualne czy stan psychiczny (szczególnie dużo miejsca pisarz poświęcił kwestii ludzkiego sumienia, ukazując, w jaki sposób można nim kierować za pomocą odpowiednich narzędzi).

O tego typu zagrożeniach pisano jednak już wielokrotnie, wielu więc powie – nihil novi, a racji trudno im będzie odmówić. Tym jednak, co czyni prozę Wattsa wyjątkową, jest jego warsztat pisarski. Podobnie jak w poprzednim tomie, język w Wirze  jest niezwykle specyficzny – pozbawiony emocji, zimny, rachityczny, a jednocześnie przesiąknięty intelektualnymi grami, nomenklaturą związaną z rozmaitymi naukami ścisłymi, solidną dawką erudycji, wulgaryzmów i brutalnych, naturalistycznych opisów rozmaitych dantejskich scen – morderstw, linczów czy gwałtów. Styl idealnie wręcz komponuje się z nakreślonym przez pisarza obrazem pozbawionego ludzkich odruchów świata, w którym o wszystkim decydują niedosięgalne korporacje, najwyższe zdobycze techniki i prawo pięści, tworzące na nowo bezlitosną dla słabych drabinę społeczną. 

Wizja Wattsa jest pełna defetyzmu, przygnębiająca do tego stopnia, iż czytelnik – obserwując działania bohaterów, mające na celu ratowanie świata – zaczyna się zastanawiać, czy mają one jakikolwiek sens. Rzeczywistość widziana oczami Kanadyjczyka przeraża, a jednocześnie niezwykle nurtuje i pozostawia odbiorcę z całą masą refleksji, dotyczących kierunku, w jakim podąża ludzkość. Warto dodać, że pod względem prawdopodobieństwa zaistnienia tego typu sytuacji powieść dorównuje poprzedniczce (szczególnie jeśli zwrócimy uwagę na zamieszczone pod koniec tomu bogate objaśnienia), a więc być może zarysowana sytuacja nie odbiega tak daleko od tego, co możemy zaobserwować za oknem. Kto wie, czy nie jesteśmy tylko stadem owiec?

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu ArsMachina.

środa, 1 maja 2013

Justyna Bargielska – Małe lisy

Codzienność w krzywym zwierciadle

 
Już sama tematyka prozatorskiego debiutu Justyny Bargielskiej uświadamia, że mamy do czynienia z postacią wyjątkową, nieobawiającą się poruszyć najbardziej drażliwych czy delikatnych kwestii. Jedyną przeszkodą dla autorki mogło być znalezienie odpowiedniego języka, który pozwalałby swobodnie mówić o problemach takich jak poronienie czy zdrada małżeńska, odzierając je z pretensjonalnego patosu i powagi. Przeszkoda taka jednak w przypadku Bargielskiej-poetki wydaje się nie istnieć, czego dowodem jest najnowsza powieść pisarki.
 
W Małych lisach obcujemy z historią dwójki kobiet, które pozornie łączy jedynie romans z pewnym podwarszawskim nożownikiem. Jeśliby jednak przyjrzeć się bliżej, łatwo można dostrzec, że obie panie łączy dużo więcej. Przede wszystkim – mimo wszelkich różnic co do stylu życia – obie kobiety wydają się nadszarpnięte monotonią codzienności, która z biegiem czasu prowadzi do ich powolnej degrengolady, zarówno intelektualnej, jak i fizycznej. Bohaterki są zmęczone schematem życia, pozbawione sił, z biegiem lat coraz bardziej zgorzkniałe, cyniczne i pragmatyczne. Jednocześnie jednak nie tracą wiary w możliwość zmiany, a idealną okazją, by takowej doświadczyć, staje się przelotny romans z człowiekiem niebezpiecznym i nieprzewidywalnym, jak również pociągającym, tajemniczym i pełnym żywotności; osobnikiem stanowiącym dokładne przeciwieństwo poukładanego, hermetycznego świata obu kobiet, pragnących powiewu chaosu i spontaniczności.
 
Warto zwrócić uwagę na świetnie skonstruowane postaci, w szczególności Magdę. Dwudziestopięcioletnia mężatka i matka dwójki dzieci mimo młodego wieku jest kobietą emocjonalnie wypaloną. Jej relacje z mężem przypominają ciągnącą się przez wieczność, niezbyt udaną i nudną randkę, miłość do dzieci natomiast, będąca jedynym żarliwym uczuciem bohaterki, pozostaje w tle, zagłuszona przez problemy związane z wychowaniem i opieką nad nimi. Potęgująca się z dnia na dzień monotonia sprawia, że kobieta postrzega świat przez pryzmat ironii i czystego pragmatyzmu, utraciwszy kompletnie radość z życia, a nawet chęć jej poszukiwania i doświadczania. Na przykładzie Magdy Bargielska nakreśla niezwykle sugestywny i autentyczny obraz współczesności – czarno-białej rzeczywistości, wypełnionej masą pozbawionych sensu czynności; życia niedającego spełnienia i nieoferującego nic ponad samo egzystowanie. Pod względem narracji i wspomnianego postrzegania świata bohaterki Małych lisów przywodzą na myśl prozę Chucka Palahniuka – Bargielska, podobnie jak Amerykanin, operuje czarnym humorem, wplatając go często w kwestie, które aż proszą się o powagę i namiastkę szacunku, z czym spotkać mogliśmy się już w Obsoletkach. Groteskowość uwag, jakie padają z ust bohaterek Małych lisów, również przypomina twórczość autora słynnego Fight Clubu, w szczególności lekceważenie poważnych życiowych tragedii czy czynienie ich przedmiotem żartów.
 
Wracam, na ławce siedzi kobieta z wózkiem. Nakrywa budkę wózka pieluchą, wiem, że przed słońcem, ale robi to tak, jakby chciała ukryć przed światem swoje bardzo brzydkie i bardzo chore dziecko, które trzeba zasłonić jak kanarka. […] Znaczy, zobaczę się z moim chłopakiem dopiero w przyszły czwartek (Bargielska J.: Bach for my baby, wyd. Czarne, Wołowiec 2014, str. 18.).
 
Powyższy cytat jest zarówno przykładem wspomnianej groteskowości, jak i rozbudowanej wyobraźni pisarki, która – jak przystało na powieść o niespełnionych marzeniach i nikłych nadziejach – pełni ważną rolę. Książka wypełniona jest onirycznymi, często surrealistycznymi obrazami, będącymi świadectwem wątpliwej kondycji psychiczno-emocjonalnej bohaterek. Pragnąć od życia czegoś więcej, oddają się one czynnościom oferującym przyjemność lub wyjście z opresji – masturbacji czy marzeniom, choćby o chwilowej ucieczce od obowiązków rodzicielskich poprzez zniknięcie wraz z wodą w odpływie wanny.
 
Można odnieść wrażenie, że w Małych lisach autorka posługuję się prozatorską formą języka, z którym spotkaliśmy się w tomiku Bach for my baby. Przede wszystkim mam na myśli charakterystyczny stosunek do świata, jaki prezentuje podmiot liryczny większości wierszy tegoż zbioru. Wszechobecny dystans i ironia, protekcjonalne traktowanie mężczyzn, ukazanych jako infantylne, pozbawione wyższych możliwości intelektualnych stworzenia; czy ambiwalentny stosunek do potomstwa – z jednej strony obdarowywanego miłością, z drugiej będącego ogromnym ciężarem – momentami przypominają kalkę poniektórych komentarzy, zawartych w wierszach wspomnianego zbioru.
 
Ponadto pisarka operuje zabawami lingwistycznymi podobnymi do tych, które także poznać mogliśmy, czytając wcześniejsze wiersze – słownych gier w powieści jest cała masa; Bargielska zdaje się bazować na języku potocznym, przekształcając jego skostniałe i utarte formy, by nadać im często nowe znaczenie lub nietypowy wydźwięk. Co więcej, język, jakim posługują się bohaterki, jest niezwykle naturalny – pełno w nim niejasności, popularnych błędów składniowych, co w efekcie daje wrażenie autentyczności rozmów czy wypowiedzi postaci, upodabniając je do zwykłej "babskiej pogaduchy".
 
Małe lisy to sugestywny, momentami przygnębiający przegląd naszej rzeczywistości, doprawiony solidną dawką ironii i czarnego humoru. Nareszcie śmiało można powiedzieć, że mamy pisarkę, która zarówno problemy kobiet, jak i ich sposób patrzenia na świat potrafi ująć w słowa tak zgrabnie, a jednocześnie naturalnie. W efekcie otrzymujemy współczesny obraz płci pięknej we wszystkich jej odcieniach, nawet jeśli jest on zanurzony głęboko w szarości dnia powszedniego.

Recenzja pierwotnie publikowana w serwisie Gildia.pl.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Jacek Piekara – Szubienicznik

Sherlock Holmes w żupanie
 
Jacek Piekara nie stroni od literackiego flirtu z różnymi epokami historycznymi – w słynnym cyklu o Mordimerze Madderdinie spotkaliśmy się z Europą w dobie renesansu, akcja opowiadania Mój przyjaciel Kaligula toczy się w starożytnym Rzymie, do którego pisarz planuje zresztą powrócić w długo zapowiadanym Rzeźniku z Nazaretu; natomiast Charakternik osadzony został w realiach Polski XVII wieku. Jak widać, polska szlachta jest tematem na tyle interesującym, iż autor postanowił poświęcić jej kolejną książkę – Szubienicznik to historia rozgrywająca się za czasów panowania Jana III Sobieskiego.
 
Podstarosta Jacek Zaremba przybywa na dwór przyjaciela swego zmarłego ojca, stolnika Hieronima Ligęzy, by odkryć przyczynę tajemniczej wizyty kilku szlachciców. Jak się okazuje, każdy z obecnych pojawił się na zaproszenie, które rzekomo zostało napisane przez samego stolnika. A w celu wyjaśnienia sprawy Jacek Zaremba wraz z Hieronimem przysłuchują się kolejnym historiom gości, próbując odgadnąć prawdziwy powód zagadkowych odwiedzin.
 
Szubienicznik to wielowątkowa powieść szkatułkowa. O ile główny wątek, stanowiący prywatne dochodzenie dwóch szlachciców, jest bardzo statyczny i prawie pozbawiony akcji, o tyle przedstawione przez kolejnych zaproszonych trzy historie są bardzo dynamiczne. Podczas każdej z nich dzieje się naprawdę sporo, pojawia się wiele zaskakujących zwrotów akcji, a występujący w opowieściach bohaterowie wydają się dużo bardziej interesujący niż niezbyt oryginalne kreacje Jacka Zaremby czy strapionego problemami stolnika, będących niczym więcej jak tylko książkowym przykładem zachowań polskiej szlachty XVII wieku.
 
Trudno rzec coś więcej o zakończeniu, gdyż – jak się niespodziewanie okazuje – powieść stanowi pierwszy tom nieokreślonego cyklu. Wydarzenia więc nagle się urywają; na dodatek zastosowany przez Piekarę cliffhanger jest nad wyraz irytujący, gdyż pojawia się w momencie, gdy czytelnik wreszcie ma szansę dowiedzieć się trochę więcej o całej historii. Brak wcześniejszych informacji, jakoby Szubienicznik miał mieć kontynuację, również wydaje się tanim zabiegiem marketingowym – czytelnicy liczący na finał na ostatniej stronie przekonują się, że to jeszcze nie koniec, a żeby poznać dalsze losy bohaterów, muszą nie dość, że czekać, to jeszcze ponownie sięgnąć po portfele. 
 
Pomijając kwestie związane z konstrukcją fabuły i podziałem na tomy, uwagę należy zwrócić na świetnie zarysowany obraz Polski XVII wieku. Piekara, podobnie jak w poprzedniej powieści sięgającej czasów Polski sarmatów, dosyć dokładnie pisze o zwyczajach polskiej szlachty, jej sposobie bycia, mówienia i postrzegania świata. Nie sposób nie zauważyć typowego dla pisarza ironicznego spojrzenia na szereg ludzkich zachowań – począwszy od najbardziej trywialnych jak alkoholizm, obżarstwo czy pozorny zapał do walki, skończywszy na wszechobecnej megalomanii, wynikającej z sarmackiego przekonania o wyższości narodu polskiego nad pozostałymi. Charakterystyczne choćby dla Cyklu Inkwizytorskiego poczucie humoru (niejednokrotnie zabarwionego na czarno) towarzyszy autorowi również tutaj, dzięki czemu książkę czyta się szybko, a nawet najbardziej nużące momenty poszczególnych opowieści ratują zabawne komentarze i sytuacje.
 
Szubienicznik to pozycja idealna przede wszystkim dla tych, którzy odczuwali przyjemność z obcowania z wcześniejszą wycieczką Jacka Piekary w przeszłość, do sarmackiej Polski. Tym razem jednak trzeba nastawić się na połączenie kryminału z elementami powieści historycznej oraz uzbroić się w cierpliwość, gdyż póki co nie ma informacji odnośnie tego, ile tomów może liczyć nowy cykl i kiedy zostaną one wydane.
 
Recenzja pierwotnie publikowana w serwisie Gildia.pl.

piątek, 8 lutego 2013

Eduardo Mendoza – Walka kotów

Hiszpania u progu pożogi
 
Rozliczanie się z nazistowską ideologią należy do najczęściej poruszanych tematów we współczesnej literaturze europejskiej. Świadczą o tym zarówno niezliczone alternatywne wizje rzeczywistości, w których działania III Rzeszy stanowią oś wydarzeń (jak choćby wydany w ubiegłym roku Herrenvolk Sebastiana Uznańskiego), jak i teksty pisane na wzór powieści walterscottowskich, gdzie historia stanowi tło fikcyjnych wydarzeń. Świetnym przykładem drugiej z wymienionych tendencji jest Walka kotów, najnowsza powieść wielokrotnie nagradzanego i popularnego na całym świecie hiszpańskiego prozaika, Eduardo Mendozy.
 
Autor powieści, którego znakiem firmowym było powracanie do historii Hiszpanii z okresu post-francowskiego, tym razem sięga do genezy wydarzeń, które zapoczątkowały okres panowania słynnego generała. Rzecz dzieje się w roku 1936 w Madrycie, który – podobnie jak cała Hiszpania – stoi u progu rewolucji. Napięta sytuacja nie zdaje się jednak przerażać głównego bohatera – prestiżowego brytyjskiego znawcy historii sztuki i fascynata hiszpańskiego malarstwa, Anthony’ego Whitelandsa, który na zlecenie angielskiego marszanda przybywa do stolicy, by wycenić kolekcję obrazów pewnego arystokraty.
 
Walka kotów to próba rozliczenia się z okresem w historii Hiszpanii, którego Mendozie nie było dane poznać – z krajem sprzed wybuchu trwającej trzy lata wojny domowej, która na zawsze zmieniła jego oblicze. Dystans pisarza do opisywanych wydarzeń podkreśla ukazanie ich z perspektywy obcokrajowca, w dodatku człowieka apolitycznego, którego znajomość Hiszpanii obejmuje jedynie aspekt kulturowy kraju. W tym wyrzeczeniu się roli politycznego komentatora i aktywnego członka ówczesnych wydarzeń można dopatrywać się postawy samego pisarza, który jedyne, co ma wspólnego z tamtym okresem, to szeroko rozumiana sztuka. Zmiany polityczne okazują się tylko narzuconą przez bieg historii koniecznością, która wywarła ogromny wpływ na dalsze losy Hiszpanii, w tym życie młodego pisarza. Niemożność zapobiegnięcia pewnym zjawiskom zdaje się z kolei symbolizować rola głównego bohatera, który w skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności i wbrew własnym poglądom zostaje wplątany w machinacje związane z nadchodzącym przewrotem.
 
Sporo miejsca poświęcone jest raczkującej, lecz szybko rozwijającej się wówczas w Hiszpanii nazistowskiej ideologii, która – jak pokazują kolejne przykłady – mimo iż nie była nawet do końca zrozumiana przez młodzież, to właśnie ją przyciągnęła najmocniej. Autor zdaje się ubolewać nad losem kolejnych młodych ludzi, którzy – wierząc ślepo wpajanym przez charyzmatycznych przywódców ideałom – gotowi są chwycić za broń i ginąć w imię utopijnych wizji przyszłości. 
 
Podobnie jak w przypadku utworów poświęconych tego typu tematyce, także w Walce kotów możemy dopatrywać się antynomii: totalitaryzm – kultura (w domyśle także sztuka). Mendoza sprawia wrażenie hiszpańskiego odpowiednika Ericha Marii Remarque’a (przy czym należy zaznaczyć, że niemiecki pisarz urodził się nieco wcześniej, a większość opisywanych historii był w stanie zobaczyć na własne oczy) – obaj autorzy w podobny sposób potępiają zmiany niesione wraz z ideami nazizmu, ukazując je z perspektywy kultury danego kraju, która przez wiele lat stanowiła o jego tradycji i znaczących wartościach, a w obliczu nowego porządku jej rola zostaje albo zepchnięta na drugi plan, albo – jak w przypadku polityki III Rzeszy – całkowicie zdeprecjonowana i zniszczona. W najnowszej powieści Mendozy sztuka odgrywa rolę istotną jedynie dla głównego bohatera. Pozostali zdają się uprzedmiotawiać poszczególne osiągnięcia, marginalizując jej rolę lub wykorzystując ją w celach zarobkowych.
 
Walka kotów nie opiera się zabiegom charakterystycznym dla współczesnego pisarstwa, o czym świadczy istotna rola fabuły. Ta jest naprawdę rozbudowana. Mendoza czerpie pełnymi garściami z thrillera, przez co cały tekst tętni niepewnością i częstymi zwrotami akcji oraz zachowanym do ostatnich stron suspensem. Rola tegoż zabiegu jest dosyć ważna – dzięki niemu pisarz przyobleka warte poruszenia, historyczno-polityczne kwestie w niezwykle atrakcyjną dla współczesnego czytelnika szatę. W efekcie obcujemy z powieścią elektryzującą, która nie unika trudnych komentarzy i trafnych obserwacji.
 
Tekst pierwotnie publikowany w serwisie Gildia.pl.

sobota, 22 grudnia 2012

Metafizyczna wędrówka

„Ten wart wolności, jak i życia, kto je codziennie zdobyć musi!” – to pochodzące z „Fausta” zdanie Philip K. Dick w swojej ostatniej powieści, „Transmigracji Timothy’ego Archera”, przytaczał kilkukrotnie niczym mantrę. Codzienne „zdobywanie” dla autora „Ubika” przede wszystkim oznaczało poszukiwanie odpowiedzi na pytania związane zarówno z sensem ziemskiej egzystencji, jak i istnieniem życia pozagrobowego. I nawet jeśli ta długa i mordercza wędrówka między kolejnymi znakami zapytania i niejednoznacznymi odpowiedziami nie doprowadziła pisarza do poszukiwanych prawd, zakończyła się powstaniem jednej z jego najbardziej rozpoznawalnych powieści – „VALISa”, stanowiącego pierwszy tom głośnej trylogii, tematycznie podsumowującej życiowe poszukiwania autora.


Na początku był promień…

Geneza powstania „Trylogii VALISa” jest równie niejednoznaczna i tajemnicza, co cała twórczość pisarza. Philip Kindred Dick był jednym z najbardziej rozpoznawalnych i płodnych (w ciągu dwóch najbardziej efektywnych lat pracy napisał jedenaście powieści i około sześćdziesiąt opowiadań) amerykańskich autorów science fiction, które – jak sam utrzymywał – było możliwością ucieczki i alienacji od społeczeństwa. W swej twórczości od początku dotykał tematów teologicznych i filozoficznych, zastanawiając się między innymi nad istotą człowieczeństwa (często ukazywał ludzkie zachowanie w zestawieniu ze sztuczną inteligencją, czego przykładem są powieści pokroju „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”) oraz prawidłowym postrzeganiem rzeczywistości („Trzy stygmaty Palmera Eldritcha”). Kwestia wiary przewijała się również przez całe życie pisarza, na co wpływ miała w dużej mierze przyjaźń z ówczesnym biskupem Kalifornii, Jamesem Pike’em, o którym Dick wspomina między innymi w „Labiryncie śmierci”, „Wbrew wskazówkom zegara” czy – poświęconej alter ego Pike’a powieści – „Transmigracji Timothy’ego Archera”. Ku napisaniu „VALISa” autora pchnęło jednak coś znacznie istotniejszego.

Katalizatorem, który przyczynił się w głównej mierze do powstania powieści, było objawienia, jakiego pisarz doznał w marcu 1974 roku. Autor upierał się, że w tym czasie doświadczył manifestacji boskiej mocy, opisanej jako „różowy promień”, który poszerzył świadomość i wiedzę Dicka z zakresu religii, a także poinformował go o ukrytej przepuklinie syna. Wszystko zaczęło się krótko po usunięciu przez pisarza zęba mądrości. Kobieta, która dostarczała mu leki przeciwbólowe, miała na szyi naszyjnik w kształcie ryby. Zapytana o jego znaczenie, podkreśliła wagę tego symbolu, wspominając, że noszonego go jeszcze za czasów pierwszych chrześcijan. Od tego momentu Dick doświadczył szeregu wizji, połączonych z halucynacjami pełnymi abstrakcyjnych wzorów, jak choćby wspomniany promień. O ile informacja o chorobie syna – stosunkowo łatwa do zweryfikowania – okazała się prawdą, o tyle wiarygodność pozostałych elementów objawienia pozostaje tajemnicą. Wiadomo jednak, że począwszy od 1974 aż do 1982, roku swojej śmierci, Dick pisał tzw. „Egzegezę”, w której rozważał przyczyny swych doświadczeń i ich religijny wymiar. Kolejnym następstwem wydarzeń z 1974 roku był właśnie „VALIS”, najbardziej autobiograficzna powieść Dicka, bazująca na jego niezwykłych przeżyciach.

Koniolub Dick i ostatnia Krucjata

Historia powstania powieści jest jednak nieco bardziej skomplikowana. Pierwsza wersja tekstu opartego o przeżycia z 1974 roku została odesłana przez wydawcę z prośbą o dokonanie zmian. Dick postanowił więc napisać całą książkę od nowa, czego efektem jest właściwy „VALIS”. Wcześniejsza wersja z czasem również została opublikowana jako „Wolne radio Albemuth”, powieść pełna zbieżności i podobieństw do swej szerzej rozpowszechnionej następczyni. Nazwanie „VALISA” tekstem autobiograficznym nie jest do końca zgodne z prawdą. Autor występuje bowiem w powieści pod dwoma postaciami – jako Phil, znany pisarz science fiction (co by się zgadzało) oraz Koniolub Grubas, cierpiąca na depresje, alternatywna osobowość autora, której nazwa pochodzi od greckiego znaczenia imienia „Philip” („kochający konie”) oraz niemieckiego tłumaczenia słowa „dick” („gruby”). Koniolub, podobnie jak autor powieści, doznał objawienia, które zapoczątkowało pisanie „Egzegezy”, łączącej dogmaty między innymi gnostycyzmu, kabały, Biblii czy new age. Tego typu zbieżności z życiem pisarza jest dużo więcej – te same wizje, uzależnienie od narkotyków, śmiertelna choroba przyjaciółki i tym podobne.

„VALIS” to powieść ciężka, w której Dick daje upust zbierającym się przez całe życie pytaniom. Szuka istoty odpowiedzialnej za całe zło świata, symbolizowane odejściem wspomnianej przyjaciółki czy – z przymrużeniem oka – uśmierconym bez powodu kotem jednego ze znajomych głównego bohatera. Koniolub (czy też Dick) wierzy, że tytułowy „VALIS” (skrót od angielskiego określenia „Vast Active Living Intelligence System”), dzięki któremu pisarz doznał objawienia, to satelitarna sieć, przekazująca za pomocą „różowego promienia” sygnały i informacje na Ziemię, w celu ułatwienia kontaktu ludzi z istotami pozaziemskimi czy absolutem. Tekst przynosi zarówno odpowiedzi na trapiące pisarza kwestie, jak i kolejne pytania, które – jak można się domyślić – zaprowadziły Dicka do następnej, tematycznie podobnej powieści.
Inwazja wątpliwości

„Boża inwazja” jest dużo bardziej logiczna od poprzedniczki i pozbawiona charakterystycznego dla niej chaosu. Powieść opowiada o losach Herba Ashera, kolonistę planety CY30-CY30 B, mającego za zadanie odbieranie sygnałów wysyłanych przez satelity. Pewnej nocy słyszy głos przedstawiający się jako Jah, miejscowe bóstwo czczone przez autochtonów – zamieszkujących planetę, mało inteligentnych robotów. Istota we śnie uświadamia Asherowi, iż jego znajoma, Rybys, nosi w sobie boską istotę, którą – z powodu ciężkiej choroby – będzie w stanie urodzić jedynie na Ziemi, parodiując w ten sposób biblijną opowieść o niepokalanym poczęciu. Tajemniczy głos zleca protagoniście zawarcie formalnego związku z kobietą oraz opiekę nad nią podczas podróży na Błękitną Planetę, gdzie Bóg – zaraz po swoim przyjściu na świat – zamierza dokonać całkowitej zagłady uniwersum. Po dotarciu na miejsce Rybys ulega jednak wypadkowi, w wyniku którego traci życie. Dziecko rodzi się żywe, jednakże w skutek powikłań na dziesięć lat traci pamięć, a wraz z nią wszelkie wspomnienia dotyczące celu swojej wizyty.

W przeciwieństwie do „Valisa”, gdzie Dick odniósł się do ogromnej liczby wyznań i ruchów religijnych, w Bożej inwazji autor czerpie głównie z Biblii, kabały oraz gnozy. Idea tej ostatniej ma największy wpływ na kształt powieści – autor przeistacza stare podania, według których na początku pojawiły się dwie bliźniacze istoty mające wykreować swoje odrębne światy. Jedna z nich okazała się jednak kaleką i to właśnie ona stworzyła miejsce pełne wad, w którym żyjemy. Naprawę tegoż uniwersum postawił sobie za cel jej antagonista, który od wieków stara się do niego przeniknąć, by dokonać tytułowej bożej inwazji.

Tym razem autor, rozwodząc się nad przyczyną ziemskich nieszczęść i niedoskonałości, takich jak nieuleczalne choroby czy śmierć, zastanawia się, jak wyglądałby świat idealny, pozbawiony wszelkich błędów. Następnie konfrontuje tę idylliczną wizję z rzeczywistością, która – w swoim założeniu – miała być szara i dzięki temu realna, dochodząc ostatecznie do wniosku, że jedynie prawda, choćby najbardziej bolesna, daje właściwą satysfakcję; świat doskonały natomiast zawsze pozostanie nieprzynoszącą spełnienia iluzją, którą zdradza wieczna nieskazitelność.

Dick zastanawia się również nad rosnącym zaufaniem do nauki, prowadzącym do braku jakichkolwiek wątpliwości dotyczących struktury świata oraz coraz rzadszych rozważań filozoficzno-egzystencjalnych społeczeństwa. Tworząc alternatywną wizję Ziemi opanowanej przez tak zwany Światopogląd naukowy, odsuwający w cień sens wiary i pozostawiający badania bytu jedynie dziedzinom ścisłym, zwraca uwagę na istotę takowych refleksji, gdyż – jak słusznie zauważyła w przedmowie Maja Lidia Kossakowska – z biegiem lat coraz mniej osób poświęca czas tego typu problemom, a ci, którzy się na to porywają, często uważani są za dziwaków lub wręcz chorych psychicznie. Problem ten Dick porusza zresztą ponownie w „Transmigracji Timothy’ego Archera”, gdzie ustami Angel Archer, protagonistki i narratorki, mówi o tym, jak ciężko dziś uwierzyć w coś, co wykracza poza możliwości nauki. Bohaterka zauważa, że człowiek w takim przypadku jest w stanie szukać dziesiątek – czasem w ogóle nielogicznych – wytłumaczeń, byle tylko odrzucić możliwość jakiejkolwiek paranormalnego, wykraczającego poza rozumowanie zjawiska.

O sowach w świetle dziennym

Określanie „Transmigracji Timothy’ego Archera” trzecim tomem trylogii to kwestia umowna. Tak naprawdę zakończeniem cyklu miała być inna powieść, którą Dick pisał w momencie swojej śmierci, i która nigdy nie ujrzała światła dziennego, przez co „Transmigrację…” – ze względu na podobną tematykę – uznaje się za luźną kontynuację poprzednich tekstów, mimo że odróżnia ją od pozostałych jeden istotny element – brak elementów typowych dla science fiction. „The Owl in Daylight” to tytuł niedoszłej powieści, która – oczywiście opierając się na nie do końca potwierdzonych informacjach – zapowiadała się niezwykle ciekawie. Miała opowiadać o niejakim Edzie Firmley’u, kompozytorze przygotowującym muzykę do filmów klasy B, oraz jego zetknięciu się z humanoidalną rasą z odległej galaktyki, charakteryzującą się nietypowym systemem komunikacji bez użycia dźwięków. Szamani owego ludu, wyjątkowi na tle całej rasy, zobaczywszy Ziemię oraz mnogość jej odgłosów, uznali to miejsce za raj, jednak – biorąc po uwagę unikalny rozwój gatunku – nie byli w stanie przekazać tych doświadczeń swoim braciom. Ich najbardziej wyostrzonym zmysłem z kolei miał być wzrok, dzięki któremu potrafili dostrzegać światło i świat w dużo szerszym spektrum niż człowiek, który – w oczach przybyszów – uchodził za istotę prawie ślepą – coś, czym z kolei dla człowieka jest kret (kwestię tajemniczego tytułu mamy rozwiązaną). Losy kompozytora i dziwnych przybyszów stykają się, gdy wiozący ich na Ziemię statek porywa Eda. Obcy umieszczają w głowie bohatera wtyczkę, dzięki której mogą przejmować odbierane przez niego sygnały dźwiękowe, napawając się odmienną gamą dźwięków, jaką oferuje Błękitna Planeta.

Powieść miała być hołdem złożonym „Boskiej komedii” Dantego, której autor był ogromnym wielbicielem. Po wielu próbach odtworzenia pomysłu Dicka, prób wydania ostatniej powieści Amerykanina zaniechano. Książkę o identycznym tytule wydała natomiast jedna z pięciu żon pisarza, Tessa Dick. Zaznaczała jednak wielokrotnie, iż jej tekstu nie bazuje w żadnym stopniu na zarysie sporządzonym przez zmarłego męża, a jej celem było jedynie oddanie niepowtarzalnego ducha powieści Dicka.

Kolejna wycieczka po święty Graal 

Ostatnią powieścią cyklu jest przywoływana wielokrotnie „Transmigracja Timothy’ego Archera”. Tekst był pokłosiem przyjaźni między pisarzem a biskupem Kalifornii, Jamesem Pike’em. Tytułowego Tima Archera śmiało można określić alter ego niesławnego kaznodziei, który także w rzeczywistości – mimo swoich biskupich godności – często kwestionował wiarę i szukał odpowiedzi na nurtujące go pytania, snując rozmaite, niejednokrotnie zwariowane teorie, przypominając momentami Kobioluba Grubasa z pierwszej części trylogii. Podobieństwo widać również w relacjach duchownego z dzieckiem – zarówno u Pike’a, jak i Archera syn popełnia samobójstwo, które z kolei stało się motywacją do serii seansów spirytystycznych, mających umożliwić kontrowersyjnemu biskupowi kontakt ze zmarłym.

Tekst skupia się przede wszystkim na tematyce śmierci. Owszem, poprzednie tomy umownej trylogii również oscylowały wokół śmiertelnych chorób i trudnych pożegnań, tutaj jednak jego tego najwięcej. Co za tym idzie – sporo jest rozmyślań na temat sensu egzystencji oraz przypuszczeń dotyczących życia pozagrobowego. Główny bohater – zafascynowany odwieczną tajemnicą – sięga, podobnie zresztą jak jego rzeczywisty pierwowzór, po rozmaite okultystyczne techniki, by porozumieć się ze zmarłym synem. Pragnienie dotarcia do wiedzy o życiu po życiu prowadzi do oddalenia się od Kościoła. Dystans między biskupem a jego duchownym zwierzchnictwem zwiększa się jeszcze bardziej wraz z pewnym odkryciem, poddającym pod wątpliwość istnienie Jezusa oraz autentyczność jego nauk. Ostatecznie prowadzi to do odejścia Archera/Pike’a od dogmatów wiary katolickiej i kolejnych poszukiwań na własną rękę.

 Między prawdą a Bogiem

Zdania na temat ostatnich powieści Dicka są mocno podzielone. Część pisarzy, jak choćby Ursula LeGuin, zarzuciło autorowi „Ubika” szaleństwo, uznając niedorzeczne teorie i rzekome objawienie za efekt wieloletniego eksperymentowania z narkotykami. W obronie pisarza stanął między innymi popularny polski publicysta i tłumacz, Lech Jęczmyk. W przedmowie do najnowszego wydania „VALISu” przytoczył tezę, którą w powieści „Dziennik” swego czasu postawił amerykański pisarz, Chuck Palahniuk. Autor słynnego „Fight clubu” słowami przepełnionej goryczą protagonistki wysnuł wniosek, iż dopiero w momencie największego cierpienia artysta zdolny jest do tworzenia dzieł wyjątkowych. Swoją teorię podparł kilkoma przykładami, między innymi odwołując się do osoby słynnego włoskiego skrzypka, Paganiniego, którego największe działa powstały w momencie, gdy muzyk poupadał na zdrowiu, dręczony kiepską sytuacją finansową, syfilisem i masą innych chorób. Co ciekawe, podobny wniosek wysnuł Henry Miller, z tym, że w bardziej dziejowym sensie. W napisanej po powrocie z dziesięcioletniego pobytu na obczyźnie powieści „Klimatyzowany koszmar” pisarz stwierdza, że największy rozwój sztuki przypadał na czasy największej niedoli i cierpienia, tłumacząc w ten sposób słabą kondycję ówczesnych przedstawicieli amerykańskiej bohemy. Podobnie jest z Dickiem, którego Jęczmyk stara się bronić, podając za przykłady poniektóre sceny powieści, które okazują się bardziej przemyślane, niż można by sądzić na pierwszy rzut oka.

Fakt, iż ostatnie powieści Dicka poświęcone były przede wszystkim metafizycznym rozmyślaniom, nadaje „Trylogii VALISa” pewnej symboliki na tle całej twórczości autora. Jego sytuacja przypomina nieco znakomity film „American Beauty”, gdzie grany przez Cevina Space’ego bohater na rok przed śmiercią – o której oczywiście nie miał zielonego pojęcia – zaczyna zmieniać swoje życie i spełniać najbardziej skryte marzenia. Podobnie jest z Dickiem, który, mimo że nie spodziewał się swojej śmierci, na kilka lat przed nią zaczął szukać odpowiedzi na nurtujące go przez większość życia kwestie. To, czy obecnie pije po drugiej stronie Absynt z Hemingwayem, powrócił jako bothisattwa czy też osiągnął nicość, pozostaje osądzać filozofom i religioznawcom. Ci zresztą docenią boskość jego ostatnich powieści w szczególności.

Felieton pierwotnie publikowany w czasopiśmie "Czas Fantastyki" (nr 3/2012).

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Don Delillo – Nazwy

Alfabet obcości

Proza Delillo jest wypełniona charakterystyczną narracyjną wrażliwością, dzięki czemu język pozwala w trafny sposób przedstawić obserwacje pisarza, jego bolączki i obawy odnośnie współczesności. Takie też są „Nazwy”, ostatnia – pod względem chronologii wydawania tekstów w Polsce – książka pisarza.

Bohaterem rozgrywającej się w latach 70. XX wieku powieści jest James Axton, Amerykanin, który ze względów rodzinnych i zawodowych zamieszkuje w Grecji. Na co dzień zajmuje się „analizą ryzyka” w krajach basenu Morza Śródziemnego i Bliskiego Wschodu, przez co jego życie przypomina jedną wielką podróż. Jednocześnie kuleją jego relacje z synem i żoną, z którą jest w separacji. Przeprowadzka do Grecji wydaje się dobrą okazją do poprawienia stosunków z rodziną. W rzeczywistości ich wzajemny kontakt pogarsza się jeszcze bardziej, a sam bohater zaczyna czuć się przejmująco wyobcowany.

„Nazwy” można czytać jako swoistą krytyką amerykańskiego społeczeństwa z perspektywy Amerykanina, będącego pod wpływem obcych kultur. W tekście wielokrotnie pojawiają się komentarze odnośnie wątpliwej kondycji intelektualnej i tradycjonalnej rodaków głównego bohatera. Wydają się tym bardziej dotkliwe, że padające z ust przedstawicieli tej samej społeczności, patrzącej na ówczesny obraz USA z powątpiewaniem lub kpiną. Jednocześnie sporo uwag poświęconych jest owczemu pędowi ku zawodowemu czy towarzyskiemu zaistnieniu, bez względów na cenę, jaką przyjdzie za nie zapłacić. Kontrastem dla tego typu postawy są społeczeństwa europejskie i Bliskiego Wschodu, tak szanowane i podziwiane przez bohaterów. Pretekstem do ukazania ogromu dorobku kulturowego oraz jego podwalin jest wątek archeologiczny – zarówno żona Jamesa, jak i wspólny przyjaciel rodziny, Owen, prowadzą na terenie Grecji rozległe wykopaliska, co krok odkrywając fascynujące fakty, które zdają się przyćmiewać obecny obraz cywilizacji i motywować bohaterów do poznawania jej kolejnych tajemnic.

Bohaterem idealnym do zobrazowania tychże spostrzeżeń jest właśnie James Axton, człowiek pozbawiony jakiejkolwiek narodowej przynależności, ujawniający swój kosmopolityzm między innymi słowami: Gdyby mi się nie powiodło, nie miałbym do czego wracać, nie należałbym do żadnego miejsca. To Kathryn i Tap byli moim domem, jedynymi prawdziwymi granicami, jakie miałem. Powoduje to wyobcowanie i rozdarcie postaci pomiędzy dwoma światami – traktowanej z kpiną Ameryki i podziwianej Europy, której jednak nie jest w stanie do końca zrozumieć, przez co ma spore problemy z odnalezieniem się w obcym społeczeństwie – zdaje sobie sprawę z piętna, jakim jest pochodzenie. Wpływ na to, zdaniem Jamesa, ma również zagraniczna polityka Stanów Zjednoczonych, która przedstawia ich obywateli na okrągło w niekorzystnym świetle. Bohater uosabia brak zdecydowania – nie jest w stanie rozwieźć się z żoną, choć zdaje sobie dobrze sprawę, że związek pomiędzy nimi dobiegł końca; widząc negatywne skutki polityki własnego kraju nadal pracuje dla potężnej korporacji, która z czasem okazuje się mieć wątpliwe intencje międzynarodowe. Tym jednak, co wyróżnia Axtona, jest pewna niezłomność charakteru. Bohater cały czas próbuje – zawzięcie uczy się obcych języków i stara się odnowić konające relacje z rodziną, choć zdaje sobie sprawę, że w obu przypadkach poświęcony temu czas idzie na marne. Jego braki na tym polu można odbierać jako symbol niemożności dogłębnego poznania i przeniknięcia do obcych kultur, które tak bardzo go pociągają, oraz porozumienia się – zarówno z ich przedstawicielami, jak i najbliższymi – żoną, synem, przyjaciółmi z pracy. 

Ważne obserwacje dotyczą również tytułowej kwestii – nomenklatury. Bohaterowie, podążając za tropem pewnego kultu, mocno zakorzenionego pod względem tradycji w starożytności, zastanawiają się nad istotą dorobku językowego świata oraz tym, w jaki sposób poszczególne mowy kształtowy się i miały wpływ na dzisiejszy obraz cywilizacji. Istotnym wnioskiem jest uznanie ważnych nazw za swego rodzaju nośnik skojarzeń i wiedzy o danym aspekcie kultury. Bohaterowie zwracają uwagę na to, jaki efekt mają zmiany utartych nazw państw, jak choćby Persji na Iran, doszukując się w tym zamierzonego przez zbiurokratyzowane państwa zatarcia w pamięci ludzi filarów kulturowego i historycznego dziedzictwa.

„Nazwy” to kolejna wartościowa pozycja w twórczości Dona Delillo. Autor przygląda się bacznym okiem budzącym jego niepewność zjawiskom, poddając je pod wątpliwość i zastanawiając się nad kondycją moralną i kulturową dzisiejszej cywilizacji. Książka momentami zahacza o elementy kryminału i powieści drogi, dając pisarzowi kolejne okazje do głębokich wywodów na temat różnych miejsc świata, jednocześnie przykuwając zainteresowanie czytelnika. 

Pierwotnie publikowane w serwisie Lubimy Czytać.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Pan Lodowego Ogrodu - rozmowa o cyklu

Asthariel: Koniec czekania dla tysięcy fanów polskiej fantastyki: 30 listopada do sprzedaży trafi ostatni, czwarty tom Pana Lodowego Ogrodu Jarosława Grzędowicza. Jak w przypadku każdego zakończenia, myśli o końcu historii Vuka, Filara i reszty postaci towarzyszy smutek. Co takiego? To naprawdę koniec? Już nigdy więcej o nich nie przeczytam? Poprzednie trzy tomy różniły się pod względem jakości, ale zawsze były co najmniej dobre, więc mam nadzieję, że nie inaczej będzie i w tym przypadku. A jakie są Wasze opinie o jednym z najpopularniejszych polskich cykli powieściowych? Czego spodziewacie się po jego zakończeniu?

Clod: Muszę przyznać, że przez długi czas omijałem ten cykl szerokim łukiem. Choć Pana Lodowego Ogrodu nie raz i nie dwa trzymałem w dłoniach, to ani okładkowa ilustracja, ani tym bardziej blurb nie potrafiły mnie zachęcić na tyle, bym zakupił pierwszy tom. Wszystko zmieniło się pewnego jesiennego wieczora, gdy dobra znajoma rozpoczęła rozmowę mniej więcej takimi słowami: "Jeśli jeszcze tego nie czytałeś, to jesteś ciapak, a nie fan fantasy". Zwykle podchodzę z dystansem do pieśni pochwalnych, które często zdarza się słyszeć pod adresem książek czy filmów (znajdą się wszak i tacy, co Zmierzch mają za arcydzieło), ale jako że znajoma to osóbka zaufana i obeznana z literaturą fantastyczną, postanowiłem dać Grzędowiczowi szansę. Łatwo się domyślić, jak ta historia potoczyła się dalej: w miesiąc przeczytałem wszystkie trzy części, a od tamtej pory wciąż myślę o wspomnianej znajomej (pozdrowienia dla czarownicy Olki – mam nadzieję, że nie będziecie mieli nic przeciwko) za każdym razem, gdy spoglądam na trzy tomy PLO i wciąż nie mogę wyrazić mojej wdzięczności, iż udało się jej przekonać mnie do tej serii.

A wracając do tematu: mam nadzieję, że ostatni tom po prostu wgniecie czytelników w ziemię. Od lektury trzeciej części minęło już troszkę czasu, więc nie jestem całkiem na bieżąco, ale pamiętam, że snując domysły dotyczące końca serii, wyobrażałem sobie epickie starcie pomiędzy Pieśniarzami, a także wojnę toczącą się między Ludźmi Ognia, a Wężami. Co prawda, Vuko miał załatwić wszystko po cichu, ale w międzyczasie sprawy mocno się skomplikowały. W każdym razie, niech zakończenie na długo wryje się fanom w pamięć – ta seria zasłużyła na godny koniec.

Villmar: Co do epickości zakończenia, to jak najbardziej się zgadzam. Mam jednak mieszane odczucia odnośnie tego, czy Grzędowicz wyjdzie z niego obronną ręką – jak pamiętamy, dwa pierwsze tomy przedstawiały losy bohaterów szczegółowo, skutkiem czego tak naprawdę przez większość czasu akcja posuwała się bardzo wolno do przodu. W trzecim tomie, przynajmniej w przypadku wątku Filara, została przyspieszona, a spora część przygód podsumowana w kilku zdaniach tylko po to, by zamknąć tekst spotkaniem dwójki postaci. Przed nami czwarty, ostatni tom, a masa wątków – o ile nie wszystkie – pozostaje nierozwiązanych. Mam nadzieję, że autor nie zacznie znów nieoczekiwanie galopować pod presją zakończenia historii, gdyż, biorąc pod uwagę cały cykl, byłaby to spora niekonsekwencja.

Zicocu: Pierwsza część Pana Lodowego Ogrodu była dla mnie prawdziwym objawieniem. To przy okazji tej lektury zrozumiałem, że polska fantastyka może być efektowna i ciekawa, a przy tym nie musi epatować agresją i wulgarnością. Na drugi tom cyklu czekałem z niecierpliwością... i nie byłem w pełni usatysfakcjonowany. Pojawiło się wrażenie, które zresztą towarzyszyło mi także przy części trzeciej, że Grzędowicz stanął w miejscu i stara się nie zepsuć tego, co osiągnął świetnym otwarciem sagi. Mnie, inaczej niż Villmarowi, spotkanie dwóch głównych bohaterów spodobało się. Dlaczego? Głównie ze względu na otwarcie nowych możliwości. Mam nadzieję, że pisarz wykorzysta tę okazję i zaskoczy nas fabularną bombą. Zakończenie musi być monumentalne, co do tego nie ma wątpliwości, inaczej tysiące czytelników zostałyby zwyczajnie wystrychnięte na dudka. Wierzę również, że Grzędowiczowi uda się także odtworzyć świeży, porywający klimat pierwszego tomu, który sprawi, iż od lektury nie będzie można się oderwać.

Asthariel: No właśnie, wydaje mi się, że pierwszy tom serii był zdecydowanie najlepszy, a potem, choć nie było wprawdzie źle, to jednak już zauważalnie słabiej. Otwierająca serię książka pozostaje jedną z najlepszych powieści w polskiej fantastyce, a jej pierwszy rozdział to, prawdopodobnie, najlepsze zawiązanie akcji jakie napotkałem. Podobała mi się zabawa z oczekiwaniami czytelnika, szybko stworzony kontrast pomiędzy rozpoczynającymi opowieść słowami o niemal mitycznym nocnym Wędrowcu, a natychmiastowym przerzuceniu akcji do przygotowującego się do lotu na Midgaard Vuka. Bardzo przypadła mi do gustu również wspomniana już atmosfera, jednocześnie obca i znajoma. Drakkainen jest zdany wyłącznie na siebie, zrzucony do całkowicie obcego świata, który ostatecznie okazuje się być nie tak odmienny od naszego. Świetny jest też pierwszy rozdział o Filarze, i jego nauce rządzenia na bystretkach - niby nic istotnego dla całokształtu fabuły, ale autorowi udało się napisać naprawdę zapadające w pamięć kilkadziesiąt stron.

Jak chyba większość fanów, tom drugi oceniam jako najsłabszy. Nie jest fatalny, daleko mi do mieszania z błotem autora tylko z powodu wprowadzenia Cyfral pod postacią wróżki, ale trudno się nie zgodzić, iż akcja biegnie w nim zbyt powoli. Część trzecia z kolei ponownie obudziła we mnie zainteresowanie serią – Fjollsfinn jest intrygującym bohaterem, Lodowy Ogród to interesujące miejsce akcji... tylko ten cliffhanger! Jest ktoś, kogo nie zirytowało podobne zakończenie powieści?

Villmar Myślę, że nie ma osób, które byłyby zadowolone z takiego rozwiązania. Zauważyłem jednak, że Grzędowicz ma tendencję do wprowadzania niejasnych zakończeń – przypomnijmy choćby finał pierwszego tomu, gdzie bohater kończy jako drzewo i tak naprawdę nie jest wiadomo, jaki los go spotka. Drugi tom jest rzeczywiście najsłabszy. Początkowo, podobnie jak Astharielowi, nie podobała mi się zmiana Cyfrala, tym bardziej że w pierwszym tomie nadawał bohaterowi pewnej specyfiki i wyróżniał na tle quasi-średniowiecznego świata, a jego brak sprawił, że Vuko – pomijając pochodzenie i cele postaci – stał się jednym ze zwykłych wędrowców przemierzających Midgaard. Z czasem postmodernistycznych elementów pojawia się jednak coraz więcej i myślę, że cykl Grzędowicza w taki właśnie sposób należy odbierać, przez co nawet pojawienie się wróżki w roli Cyfrala wydaje się mniej rażące.

Wrócę na moment do poruszonego przeze mnie wcześniej wątku. Zicocu, chyba nieco źle mnie zrozumiałeś – ja również byłem zadowolony ze spotkania postaci, zresztą już od pierwszego tomu wszystko wskazywało na to, że niczego innego nie możemy się spodziewać. Mój zarzut dotyczył niekonsekwentnego prowadzenia linii fabularnej. Sam pisarz niejednokrotnie podkreślał, że cykl miał być jedną powieścią, która z czasem rozrosła się do tetralogii. W takich przypadkach bardzo łatwo o fabularne potknięcia, związane z prowadzeniem dwóch, początkowo odrębnych, wątków jednocześnie, skutkiem czego jest, na przykład, przyspieszenie opowieści Filara w tomie trzecim. Mam jednak nadzieję, że autor uniknie tego typu rozwiązań w finalnej części, choć sporo jeszcze pozostało do zamknięcia.

Clod: Muszę się z zgodzić z Astharielem, jeśli chodzi o naprawdę udany początek, zarówno w odniesieniu do krótkiego tekstu traktującego o legendarnym Nocnym Wędrowcu (czy pierwsze zdanie tylko mi skojarzyło się z pierwszym zdaniem Wiedźmina?), jak i w odniesieniu do całego pierwszego tomu, który pokazał, że polska fantasy ma jeszcze niejednego asa w rękawie. Znacznie mniej przyjemnie zapamiętałem rozdział wprowadzający postać Filara. Wielce się zdziwiłem, że autor po ponad stu pięćdziesięciu stronach wprowadza nowego bohatera, który na dodatek, na tamtą chwilę, zdawał się nie dorastać Drakkainenowi do pięt. Przez rozdział poświęcony tresowaniu bysterek (będący w istocie ciekawą alegorią traktującą o różnych formach rządów - do czego doszedłem jednak znacznie później) brnąłem z trudem, wyczekując z utęsknieniem powrotu Vuka.

Jeśli zaś o Cyfralu mowa to muszę przyznać, że jedną z moich ulubionych scen w literaturze w ogóle, jest walka Vuka z żabopodobnym potworzyskiem z pierwszego rozdziału. Czytając ją trzy lata temu, nie mogłem wyjść z podziwu dla autora, który nie dość, że wpadł na świetny pomysł (coś na wzór zwolnienia czasu z Matrixa), to w dodatku potrafił go doskonale wykorzystać, serwując czytelnikom trzymającą w napięciu potyczkę.

Niestety, Cyfral to też jeden z głównych powodów, przez które drugi tom i mnie najmniej przypadł do gustu. Wprowadzenie wróżki rodem z Piotrusia Pana zupełnie do mnie nie przemówiło. Odebrało postaci Vuka i całej powieści to, co stanowiło o jej sile. Nie przypominam sobie bowiem innej historii, która w tak przemyślany sposób łączyłaby konwencję fantasy (świat i magia) z science fiction (postać Vuka i związana z nim otoczka). Jednak owa zmiana niosła za sobą także plusy, mianowicie pozwoliła mi bardziej docenić postać Filara, który z czasem stawał się coraz bardziej interesujący. Warto podkreślić chociażby fakt, że to dzięki jego podróży dowiadujemy się o świecie PLO znacznie więcej, niż dzięki przygodom Drakkainena.

Co zaś się tyczy cliffhangera - owszem, irytował, ale wiążę z nim pewne nadzieje. Skoro fabuła trzeciego tomu została przerwana w tak kluczowym momencie, Grzędowicz nie miał innego wyjścia, jak tylko ruszyć z kopyta. Dlatego też wierzę, że czwarty tom nie tylko zacznie się od niezłej zawieruchy, ale że i tempo ani na chwilę nie zejdzie poniżej pewnego, najlepiej tego znanego z pierwszego tomu, poziomu.

Zicocu: Nie zgodzę się z Tobą, Clod, co do wprowadzenia dodatkowego wątku i samej postaci Filara. Po pierwsze, nauka rządzenia i napięcie tworzone na bazie trudnych relacji pomiędzy trzema książętami dają jeden z najlepszych fragmentów całego Pana Lodowego Ogrodu. Może spodobał mi się dlatego, że Grzędowicz postanowił zaskoczyć czytelnika czymś innym niż galopującą akcją? Po drugie, Filar wcale nie jest gorzej wykreowany niż Vuko. Jest inny, ale równie dobrze dopasowany do swojego wątku. Nie można też zapominać o tym, że to dzięki jego wątkowi mieliśmy okazję poznać świat cyklu. Przypomnijcie sobie fragmenty poświęconego niewoli Filara – ponownie są to jedne z najlepszych fragmentów całej sagi. Obaj protagoniści tworzą doskonale zgraną parę, której potencjał, mam nadzieję, Grzędowicz będzie w stanie w pełni wykorzystać w tomie czwartym.

Przyznam szczerze, że jestem jedną z niewielu chyba osób, którym zakończenie trzeciego tomu nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, po znudzeniu wywołanym przez drugi tom i sinusoidalne tempo rozwoju akcji z części trzeciej, poczułem nową nadzieję: “niechże w końcu coś się zmieni”, powtarzałem sobie. Dopiero kolejna książka będzie w stanie zweryfikować to, czy Grzędowicz podjął właściwą decyzję.

Asthariel: Za to mnie osobiście drażniły aż dwa rozdziały poświęcone na niewolę Filara w domu Drżącej Rosy. Za długo to trwało jak na mój gust, przez co pod koniec powieści dla zachowania równowagi przyśpieszono jego spotkanie z Vukiem, żeby jeszcze przed końcem tomu połączyć oba wątki. Filara uważam za protagonistę ciekawszego od Drakkainena: nie ma przewagi związanej z wieloletnim szkoleniem i Cyfralem, może polegać tylko na swoim sprycie i determinacji. Ma też znacznie istotniejszą motywację, jaką jest chęć uratowania kraju przed kultystami Podziemnej Matki. Vuko natomiast robi to co robi, bo taką ma pracę. Nie mówię bynajmniej, że nasz Ulf jest bohaterem kiepskim – po prostu nie jest świetnym.

Jeśli czegoś mi brakuje w serii, to większej ilości postaci, z których punktu widzenia poznawalibyśmy fabułę. Jesteśmy ograniczeni tylko do wiedzy, którą posiadają dwaj główni bohaterowie, przez co nie mamy pojęcia, co się dzieje np. w krainach Van Dykena i Freihoff. Choć z drugiej strony, może to tylko moje osobiste zboczenie i preferencja do bardziej rozbudowanych fabuł...

Villmar Zgodzę się z Astharielem odnośnie ostatniej kwestii, choć uważam z kolei, że brak tej wiedzy daje czytelnikowi wrażenie pewnego zagubienia w obcym świecie, potęguje aurę tajemniczości. Łatwiej dzięki temu identyfikować się z protagonistami, którzy również posiadają skąpe informację. Przyznam jednak rację co do potrzeby wprowadzenia ciekawszych postaci pobocznych – póki co, nie pojawiło się ich zbyt wiele, a jedyną, która zapadła mi w pamięć i świetnie uzupełniała się z Filarem podczas ich wspólnej wędrówki, był Brus.

Jeśli już mowa o protagonistach, większą sympatią darzę jednak Drakkainena. Owszem, wątek Filara wraz z kolejnymi tomami stawał się coraz ciekawszy w przeciwieństwie do losów Vuko – tam nie działo się za wiele. Cały czas jednak pozostaję pod wpływem najlepszego tomu – pierwszego, gdzie to właśnie przybysz z Ziemi dzierżył pałeczkę, a jego kolejne przygody przyćmiewały mniej interesujący wątek następcy Tygrysiego Tronu. Kolejnym atutem Vuko jest jego spojrzenie na świat – bohater postrzega go z perspektywy Ziemianina, a więc kogoś nam bliskiego, przez co łatwo się utożsamiać z poczuciem zagubienia i wyobcowania na nowo poznanej planecie. Ważnym elementem jest też humor – to właśnie komentarze Drakkainena bawią najczęściej. Za pomocą tejże postaci Grzędowicz prowadzi także najciekawsze metatekstualne gry z czytelnikiem – chyba na zawsze zapamiętam fragment, kiedy bohater wchodzi do karczmy i, chcąc choć raz poczuć się jak bohater gier RPG, zamawia piwo czy też ocenia jego smak przez pryzmat ziemskich marek.

Clod: Zicocu, chyba źle mnie zrozumiałeś. Nie napisałem, że Filar jest postacią nudniejszą czy też gorzej wykreowaną, a jedynie, że wprowadzenie jego wątku w pierwszej chwili mnie zaskoczyło (gdyż pojawia się stosunkowo późno) oraz że nie od razu przypadł mi do gustu. Moje nastawienie względem następcy Tygrysiego Tronu zmieniło się wraz z rozwojem akcji i fabuły do tego stopnia, iż to jego rozdziałów wypatrywałem z niecierpliwością. Na dzień dzisiejszy, spoglądając na trzy dotąd wydane części z perspektywy czasu, trudno byłoby mi wskazać “lepszego” z dwójki głównych bohaterów. Zarówno Vuko, jak i Filar mają wiele do zaoferowania czytelnikowi w zależności od jego preferencji i oczekiwań względem protagonisty. Trudno cokolwiek zarzucić ich charakteryzacji – posiadają motywacje, napędzające ich do działania; przemyślenia i wątpliwości dotyczące sytuacji, w których się znaleźli, ale co najważniejsze, obaj ewoluują w trakcie powieści.

O ile o dwójkę głównych bohaterów się nie obawiam, to muszę przyznać rację Astharielowi i Villmarowi w kwestii postaci pobocznych. Większość z nich to tylko i wyłącznie “przeszkadzajki”, z którymi trzeba się w taki, czy inny sposób uporać, a następnie o nich zapomnieć, jak chociażby już wspomniana Drżąca Rosa. Tym niemniej, wydaje mi się, iż nie ma już większego sensu wprowadzać nowych aktorów na scenę w ostatnim akcie. Przez trzy tomy nazbierało się ich dostatecznie dużo, więc jeśli bohaterowie, którzy zdążyli się dotychczas przewinąć przez karty powieści, wrócą i odegrają swoją rolę w zamykającym serię tomie, będę usatysfakcjonowany.

Nie mogę się jednak zgodzić z Astharielem jakoby brakowało punktów widzenia. Dostaliśmy dwie perspektywy, ale jakże ciekawe, a w dodatku wzajemnie się uzupełniające: Vuko - kompletny outsider (powyżej świetnie przedstawił to Villmar) oraz Filar - “tutejszy”, który wyrusza w daleką podróż, podczas której i on odkrywa dotąd mu nieznane kultury, zwyczaje itp. Po co mnożyć wątki i rozwadniać całość? Dość długo czekaliśmy na czwarty tom z zaledwie dwoma głównymi bohaterami; gdyby było ich więcej Grzędowicz mógłby skończyć jak Martin i pisać do końca życia, wystawiając cierpliwość fanów na jeszcze cięższą próbę. Nie w ilości bohaterów, a w stylu Grzędowicza upatrywałbym największej zalety całego cyklu, ze wskazaniem na liczne gierki z czytelnikiem, na które już zwrócił uwagę Villmar (kto w 2005 roku mógł wiedzieć, ile racji miał autor poprzez ironię krytykujący praktyki Unii Europejskiej?). Zastanawiam się, jakie Wy wymienilibyście elementy, jako te, które najbardziej przypadły wam do gustu oraz zdecydowały o dużym sukcesie PLO?

Zicocu: Akcja. Grzędowicz bez najmniejszego trudu wciąga czytelnika w pędzącą opowieść; robi to tak doskonale, że nawet nieco rozwlekły tom drugi połyka się bez najmniejszych problemów. W dodatku pisarz nie zapomina, że odbiorcę co jakiś czas trzeba dokarmiać potężnym zwrotem akcji – i choć nie zawsze są one całkiem udane (jak chociażby kilkakrotnie omawiane już wprowadzenie Cyfral), to na pewno podtrzymują tempo wydarzeń.

Po drugie: bohaterowie. Idealnie uzupełniającą się para Vuko-Filar sprawia, że kolejne teksty chce się czytać. Ponadto każdy z nich ma swoje atuty: chłodna, pełna ironii postawa Ulfa powoduje, iż odbiorca czerpie olbrzymią przyjemność w poznawania świata PLO wraz z nim, a ciągły rozwój Filara czyni go postacią intrygującą, trochę zagadkową, z którą łatwo się zżyć. I choć zgadzam się z tym, że jak na tak długą sagę, ciekawych bohaterów drugoplanowych jest za mało, to nie sposób nie docenić Van Dykena czy Fjollsfinna.

Po trzecie: zabawa konwencją. Rzadko kiedy pisarzom udaje się tak swobodnie balansować na granicy science fiction i fantasy, jeszcze rzadziej – konsekwentnie rozwijać swoją kreację elementami surrealistycznymi (jak kraina Van Dykena czy Lodowy Ogród). To coś świeżego, coś oryginalnego, co daje odbiorcy wrażenie obcowania z czymś znanym i nowym jednocześnie.

Wydaje mi się, że to trzy filary popularności PLO, do których pozostałe elementy tekstu są tylko dodatkami. To one sprawiają, że od lektury nie można się oderwać i że sprawia ona czytającemu tak wiele frajdy.
Villmar Ja na pierwszym miejscu postawiłbym atmosferę niedopowiedzeń, najlepiej oddaną w pierwszym tomie cyklu. Najbardziej w pamięć zapadł mi początek wędrówki Drakkainena – Grzędowicz postawił wyraźnie na powieść-zagadkę, w której dostajemy masę pytań odnośnie praw rządzących Midgaardem i, przez długi czas, żadnych odpowiedzi w zamian. Co stało się z załogą stacji, którą Vuko miał sprowadzić na Ziemię? Czym jest tajemnicza mgła, wzbudzająca taki lęk u miejscowych? Jak całkowicie odrębny wątek Filara ma się do losów Ziemianina? Pod tym względem pierwszy tom nasuwał mi skojarzenie z pierwszymi sezonami serialu "Zagubieni", gdzie także jesteśmy bombardowani kolejnymi niedopowiedzeniami i skazani jedynie na domysły, błądząc w fabularnej mgle podobnie jak Vuko w pierwszej części. Jednak to właśnie owo dążenie do odpowiedzi najbardziej motywowało do brnięcia przez kolejne tomy cyklu.

Nie sposób nie przyznać racji Zicocu, odnośnie akapitu o protagonistach – ująłeś w słowa dokładnie to, co miałem na myśli. Od siebie dodam tylko, że o sukcesie "Pana Lodowego Ogrodu" w dużej mierze zadecydowała także dualistyczna konstrukcja fabularna – czytając przez cały czas o przygodach jednego z bohaterów w pewnym momencie moglibyśmy odczuć przesyt (szczególnie w bardziej skostniałych momentach fabuły), tymczasem autor zgrabnie żongluje wątkami, dzięki czemu zarówno akcja, jak i poznawanie bohaterów i interesującego świata są dobrze wyważone – gdy mamy dosyć życiowych mądrości Filara, z ratunkiem przychodzi sarkastyczny Drakkainen; gdy pędząca akcja i kolejne sceny walk z udziałem Ziemianina zaczynają nas nużyć, odpoczywamy czytając o pełnej napięcia wędrówce następcy Tygrysiego Tronu.

Asthariel: Podobnie jak Villmar, za największą zaletę pierwszego tomu uważam atmosferę i tajemniczość, jaką jest przesycona fabuła i świat przedstawiony. Oczywiście, jest to miecz obosieczny – prędzej czy później czytelnik musi się dowiedzieć czegoś więcej i poznać odpowiedzi na pewne pytania, a te w większości przypadków okazują się rozczarowujące. Zgadzamy się, że pierwszy tom był jak dotychczas najlepszy. Zauważmy, że w kolejnych powiększa się nasza wiedza na temat Midgaardu, rządzących nim praw itd., a mimo to części druga i trzecia są zgodnie uważane za słabsze. Ciekawe, czy w czwartym tomie zostanie zachowana równowaga między zdradzaniem sekretów i rozwiązywaniem zagadek przez autora, a utrzymaniem nutki niedopowiedzenia...

Clod: Rzeczywiście! Zastanawiam się, jak mogłem zapomnieć o tej jakże gęstej, urzekającej atmosferze tajemnicy. Może dlatego, że po początkowych rozdziałach pierwszego tomu jest jej coraz mniej? Doskonale pamiętam, jak moja ciekawość rosła z każdą przerzucaną stroną, czułem wtedy przyjemny dreszczyk kojarzący się z dobrze napisanym horrorem. Niestety, w którymś momencie owe napięcie zniknęło i już nie powróciło. Może autor zdradził zbyt wiele, albo poszedł o krok za daleko w “udziwnianiu” tego świata? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, ale im dalej brniemy w tę opowieść, tym mniej w niej geniuszu i świeżości, tak charakterystycznej dla pierwszego tomu.

Skoro już pisaliśmy o tym, co nam się najbardziej podobało i jakie nadzieje wiążemy z ostatnim tomem, chciałem jeszcze wspomnieć o obawach, gdyż i tych w moim przypadku nie brakuje. W fandomie głośnym echem odbiło się ukończenie czwartego tomu PLO, ja zaś pragnę zwrócić uwagę na jego długość, bowiem o ile poprzednie części oscylowały w okolicach pięciuset stron, finał rozegra się prawie że na podwojonej objętości. Stąd też moja obawa, czy Grzędowicz nie zaczął lać wody... Wielu autorów powtarza, że “historia rośnie/wydłuża się w miarę pisania”, ale jak wiemy, to nie zawsze wychodzi powieściom na dobre. Mam nadzieję, że w tym wypadku ilość nie oznacza spadku jakości.

Na sam koniec zostawiłem sobie jeszcze kwestię, jakże odkrywczo, samego finału. W tym momencie pragnę nawiązać do innej doskonale znanej, ba, kultowej serii fantasy - chodzi rzecz jasna o Wiedźmina i o to, co Sapkowski zrobił z jego końcówką. To, co spotkało Geralta i jego drużynę bardzo mnie zaskoczyło, i to nie w ten pozytywny sposób. Dlatego też obawiam się, czy Grzędowicz nie zechce pójść śladami AS’a i, na przekór oczekiwaniom fanów, aby pokazać jaki to z niego nie postmodernistyczny pisarz, zakończy tę opowieść w jakiś iście absurdalny sposób (a co, gdyby to wszystko okazało się snem Drakkainena, który zemdlał podczas odliczania w kapsule?). Mam nadzieję, że owe obawy okażą się bezpodstawne i ta opowieść otrzyma zasłużony wielki finał.

Zicocu: Przypomnieliście mi o jednym ważnym szczególe, o którym wspomniałem nieco zbyt lakonicznie: genialnym początku PLO. Grzędowicz napisał prawdopodobnie jedno z najlepszych wprowadzeń w historii polskiej fantastyki: szalenie klimatyczne i tajemnicze, pobudzające wyobraźnię. Jeśli miałbym w skrócie powiedzieć czego oczekuję po zakończeniu sagi, powiedziałbym: żeby ostatnie rozdziały cyklu były równie niesamowite co pierwsze.

Asthariel: I tak oto dotarliśmy do końca naszej rozmowy - mam nadzieję, że jeśli do tej pory nie byliście zainteresowani serią i jej zakończeniem, to właśnie nadarza się dobra okazja by to zmienić. Znika wymówka, że czekanie na kolejne tomy jest mordęgą, gdyż to jest już koniec, nie ma już nic, i do księgarni możemy iść. "Pan Lodowego Ogrodu" to jedno z najlepszych polskich fantasy, i choć nie jest idealne, to zdecydowanie warto dać prozie Grzędowicza szansę. 
Rozmowa pierwotnie publikowana w serwisie POLTERGEIST.

wtorek, 6 listopada 2012

Sławomir Mrożek – Trzy dłuższe historie

Piętnując śmiechem

Zwykle mam pewne obawy w związku z wydawnictwami starszych tekstów cenionych i popularnych obecnie pisarzy – poziom utworów bywa często niski, biorąc pod uwagę późniejsze książki tychże, a jedynym powodem, dla którego znalezione po latach nowele czy fragmenty powieści pojawiają się na rynku, jest kwestia zarobkowa. W przypadku najnowszego zbioru tekstów Sławomira Mrożka obawy okazały się jednak niepotrzebne – tym razem nie płacimy jedynie za nazwisko na okładce, lecz za ponad dwieście stron dobrej literatury.

Zbiór trzech (jak podpowiada tytuł) historii otwiera „Książeczka mułów”, która opowiada o zmaganiach głównego bohatera z uciążliwymi i niereformowalnymi przykładami obywateli, starającymi się na każdym kroku usprawiedliwiać swoje naganne zachowanie w infantylny sposób. Narrator analizuje kilka przykładowych irytujących zachowań, jak podkradanie sztućców z lokali czy deptanie świeżo zasadzonego trawnika, zwracając uwagę na schematyczność reakcji tytułowych „mułów” w momencie zwrócenia im uwagi. Autor rozprawia się w ten sposób z popularnym modelem myślenia, sugerującym, iż jeżeli dany przedmiot czy też miejsce nie należy do nikogo, można je traktować jak swoje pod warunkiem oczywiście, że za tego typu zachowanie nie poniosą żadnych konsekwencji. Tak oto otrzymujemy definicję „muła ostrego”.

Kolejny tekst to krótka nowelka, stanowiąca list ojca do syna. Senior, sięgając czasów swojej wczesnej młodości, kiedy to postanowił raz na zawsze rozprawić się z brakiem jakiegokolwiek doświadczenia seksualnego, opowiada dorosłemu już potomkowi, co tak naprawdę warunkowało jego życiowe wybory. Tekst, mimo iż również utrzymany jest w zabawnej konwencji, w ostatecznym rozrachunku wypada najpoważniej ze wszystkich trzech. Na przykładzie autora listu Mrożek zwraca uwagę na zbyt zapalczywą ambicję i wiarę w stworzone przez siebie samego idee, które – mimo iż często bywają negatywne w skutkach – wielu ślepo pielęgnuje, nie poddając pod wątpliwość i nie zastanawiając się nad tym, czy tak naprawdę dają one spełnienie. Analogicznie można dostrzec nawiązanie do poddawania się cudzej, często nawet fachowej opinii – w momencie oceniania danego dzieła (czymkolwiek by one nie było) człowiek niejednokrotnie sugeruje się utartymi wartościami, nie potrafiąc przyjrzeć się mu bez jakichkolwiek kanonów oceniania.

Wieńcząca zbiór „Moniza Clavier” to z kolei prześmieszna satyra, przedstawiająca losy Polaka na obczyźnie. Bohater i narrator zarazem spotyka piękną i popularną aktorkę, po czym zaczyna starać się o jej względy. By zrobić na niej wrażenie unika jednak tematu swego pochodzenia i podaje się za kogoś innego, co rodzi szereg niezwykle zabawnych sytuacji, piętnujących kompleksy naszych rodaków na tle mieszkańców zachodniej Europy.

Elementem łączącym wszystkie trzy teksty jest przede wszystkim prześmiewczość, ironia i dystans do opisywanych wydarzeń. Mrożek pisze o kwestiach miejscami mniej, miejscami bardziej poważnych, puszczając jednak na każdym kroku oko do czytelnika. W ten sposób otrzymujemy arcyzabawną formę ironicznej gry z odbiorcą, a jednocześnie mamy okazję zastanowić się nad kilkoma istotnymi zjawiskami, które – choć uwagę pisarza zwróciły wiele lat temu – nadal często pozostają aktualne.

Pierwotnie publikowane w serwisie Lubimy czytać.

poniedziałek, 29 października 2012

Chuck Palahniuk – Kołysanka

Usypiająca lektura

Trzymający się – ogólnie rzecz biorąc – realizmu Palahniuk w „Kołysance” wreszcie sobie pofolgował, efektem czego otrzymaliśmy powieść o nawiedzonych domach, morderczych wierszykach i księgach zaklęć. Jak w takiej konwencji czuje się autor słynnego „Fight clubu”? Niestety, nie najlepiej.

„Kołysanka” opowiada historię Carla Streatora, dziennikarza piszącego pracę o przypadkach niewytłumaczalnej śmierci niemowląt. Jedynym tropem wiążącym kolejne ofiary są „Wiersze i rymowanki ze wszystkich stron świata”, książka zawierająca tytułową kołysankę, której odczyt powoduje – jak się okazuje – śmierć słuchającego. Carl wraz z Helen Boyle, sprzedawczynią nawiedzonych nieruchomości, wyrusza na poszukiwanie kolejnych egzemplarzy śmiertelnie groźnej książki, mając na celu zniszczenie ich, nim te wyrządzą światu nieodwracalną krzywdę.

W swoje ręce dostajemy więc powieść drogi, nasączoną elementami thrillera i urban fantasy. Aspekt magiczny jednak, dający niezwykle szerokie pole do popisu, w tym wypadku wydaje się przez pisarza nie do końca wykorzystany – zaskakujących zwrotów akcji pojawia się tu dużo mniej niż w poprzednich powieściach Palahniuka, a fabuła sprawia wrażenie podążającej w dziwnym, nieokreślonym kierunku. Finał powieści, w szczególności mocno otwarte zakończenie, również nie ratuje tego stanu rzeczy.

Na szczęście klątwa kołysanki nie jest jedyną, z jaką zmaga się bohater książki. Po raz kolejny obcujemy z charyzmatycznym narratorem pierwszoosobowym, którego ironiczne, kąśliwe, a jednocześnie celne uwagi dodają powieści uroku specyficznego dla twórczości Amerykanina. Główną bolączką Carla Streatora jest głośność dzisiejszego świata, wypełnionego „ciszofobami” i „rockoholikami”. Bohater, ze względu na zagrożenie ze strony śmiercionośnej kołysanki, wyobraża sobie świat pozbawiony dźwięków, jednocześnie piętnując zgiełk dzisiejszej cywilizacji. Zwraca też często uwagę na zanikający coraz bardziej zwyczaj przebywania w ciszy, jako przyczynę podając niechęć do głębszych przemyśleń żyjącego w zawrotnym tempie społeczeństwa czy strach przed szczerą rozmową.

Kolejnym problemem, z jakim w „Kołysance” zmaga się pisarz, jest kierunek dzisiejszej cywilizacji. Ustami postaci autor wymienia dziesiątki przykładów działalności człowieka, która – choć w zamiarze miała być pomocna – przyczyniła się do nieodwracalnych zmian naturalnych ekosystemów. Ostatecznie człowiek ukazany jest w tym wypadku jako narośl na doskonalej konstrukcji świata; narośl będąca pasożytem z roku na rok coraz bardziej burzącym początkowy, bliski ideału stan rzeczy. Padają także pytania o świat idealny – o to, czym tak naprawdę jest i czy w ogóle istnieje. Niestety, tego typu przemyśleń pojawia się zdecydowanie za mało.

Nie trzeba być wielkim znawcą twórczości Palahniuka, by zorientować się, że „Kołysanka” to jedna z wcześniejszych powieści pisarza. Wyraźnie świadczy o tym niepewna i usypiająca linia fabularna oraz styl, będący kalką tego, czym mogliśmy się raczyć choćby podczas lektury „Udław się” czy „Fight clubu”. Z drugiej strony, powieść broni się garścią ciekawych uwag narratora oraz solidną porcją czarnego humoru, zza której uśmiecha się do nas stary, dobry Palahniuk.

Pierwotnie publikowane w serwisie Gildia.pl.