Asthariel: Koniec czekania dla tysięcy fanów polskiej fantastyki: 30 listopada do sprzedaży trafi ostatni, czwarty tom
Pana Lodowego Ogrodu
Jarosława Grzędowicza. Jak w przypadku każdego zakończenia, myśli o
końcu historii Vuka, Filara i reszty postaci towarzyszy smutek. Co
takiego? To naprawdę koniec? Już nigdy więcej o nich nie przeczytam?
Poprzednie trzy tomy różniły się pod względem jakości, ale zawsze były
co najmniej dobre, więc mam nadzieję, że nie inaczej będzie i w tym
przypadku. A jakie są Wasze opinie o jednym z najpopularniejszych
polskich cykli powieściowych? Czego spodziewacie się po jego
zakończeniu?
Clod: Muszę przyznać, że przez długi czas omijałem ten cykl szerokim łukiem. Choć
Pana Lodowego Ogrodu nie raz i nie dwa trzymałem w dłoniach, to ani okładkowa ilustracja, ani tym bardziej
blurb
nie potrafiły mnie zachęcić na tyle, bym zakupił pierwszy tom. Wszystko
zmieniło się pewnego jesiennego wieczora, gdy dobra znajoma rozpoczęła
rozmowę mniej więcej takimi słowami:
"Jeśli jeszcze tego nie czytałeś, to jesteś ciapak, a nie fan fantasy".
Zwykle podchodzę z dystansem do pieśni pochwalnych, które często zdarza
się słyszeć pod adresem książek czy filmów (znajdą się wszak i tacy, co
Zmierzch mają za arcydzieło), ale jako że
znajoma to osóbka zaufana i obeznana z literaturą fantastyczną,
postanowiłem dać Grzędowiczowi szansę. Łatwo się domyślić, jak ta
historia potoczyła się dalej: w miesiąc przeczytałem wszystkie trzy
części, a od tamtej pory wciąż myślę o wspomnianej znajomej
(pozdrowienia dla czarownicy Olki – mam nadzieję, że nie będziecie mieli
nic przeciwko) za każdym razem, gdy spoglądam na trzy tomy
PLO i wciąż nie mogę wyrazić mojej wdzięczności, iż udało się jej przekonać mnie do tej serii.
A wracając do tematu: mam nadzieję, że ostatni tom po prostu wgniecie
czytelników w ziemię. Od lektury trzeciej części minęło już troszkę
czasu, więc nie jestem całkiem na bieżąco, ale pamiętam, że snując
domysły dotyczące końca serii, wyobrażałem sobie epickie starcie
pomiędzy Pieśniarzami, a także wojnę toczącą się między Ludźmi Ognia, a
Wężami. Co prawda, Vuko miał załatwić wszystko po cichu, ale w
międzyczasie sprawy mocno się skomplikowały. W każdym razie, niech
zakończenie na długo wryje się fanom w pamięć – ta seria zasłużyła na
godny koniec.
Villmar: Co do epickości
zakończenia, to jak najbardziej się zgadzam. Mam jednak mieszane
odczucia odnośnie tego, czy Grzędowicz wyjdzie z niego obronną ręką –
jak pamiętamy, dwa pierwsze tomy przedstawiały losy bohaterów
szczegółowo, skutkiem czego tak naprawdę przez większość czasu akcja
posuwała się bardzo wolno do przodu. W trzecim tomie, przynajmniej w
przypadku wątku Filara, została przyspieszona, a spora część przygód
podsumowana w kilku zdaniach tylko po to, by zamknąć tekst spotkaniem
dwójki postaci. Przed nami czwarty, ostatni tom, a masa wątków – o ile
nie wszystkie – pozostaje nierozwiązanych. Mam nadzieję, że autor nie
zacznie znów nieoczekiwanie galopować pod presją zakończenia historii,
gdyż, biorąc pod uwagę cały cykl, byłaby to spora niekonsekwencja.
Zicocu: Pierwsza część
Pana Lodowego Ogrodu
była dla mnie prawdziwym objawieniem. To przy okazji tej lektury
zrozumiałem, że polska fantastyka może być efektowna i ciekawa, a przy
tym nie musi epatować agresją i wulgarnością. Na drugi tom cyklu
czekałem z niecierpliwością... i nie byłem w pełni usatysfakcjonowany.
Pojawiło się wrażenie, które zresztą towarzyszyło mi także przy części
trzeciej, że Grzędowicz stanął w miejscu i stara się nie zepsuć tego, co
osiągnął świetnym otwarciem sagi. Mnie, inaczej niż Villmarowi,
spotkanie dwóch głównych bohaterów spodobało się. Dlaczego? Głównie ze
względu na otwarcie nowych możliwości. Mam nadzieję, że pisarz
wykorzysta tę okazję i zaskoczy nas fabularną bombą. Zakończenie musi
być monumentalne, co do tego nie ma wątpliwości, inaczej tysiące
czytelników zostałyby zwyczajnie wystrychnięte na dudka. Wierzę również,
że Grzędowiczowi uda się także odtworzyć świeży, porywający klimat
pierwszego tomu, który sprawi, iż od lektury nie będzie można się
oderwać.
Asthariel: No właśnie, wydaje mi
się, że pierwszy tom serii był zdecydowanie najlepszy, a potem, choć
nie było wprawdzie źle, to jednak już zauważalnie słabiej. Otwierająca
serię książka pozostaje jedną z najlepszych powieści w polskiej
fantastyce, a jej pierwszy rozdział to, prawdopodobnie, najlepsze
zawiązanie akcji jakie napotkałem. Podobała mi się zabawa z
oczekiwaniami czytelnika, szybko stworzony kontrast pomiędzy
rozpoczynającymi opowieść słowami o niemal mitycznym nocnym Wędrowcu, a
natychmiastowym przerzuceniu akcji do przygotowującego się do lotu na
Midgaard Vuka. Bardzo przypadła mi do gustu również wspomniana już
atmosfera, jednocześnie obca i znajoma. Drakkainen jest zdany wyłącznie
na siebie, zrzucony do całkowicie obcego świata, który ostatecznie
okazuje się być nie tak odmienny od naszego. Świetny jest też pierwszy
rozdział o Filarze, i jego nauce rządzenia na bystretkach - niby nic
istotnego dla całokształtu fabuły, ale autorowi udało się napisać
naprawdę zapadające w pamięć kilkadziesiąt stron.
Jak chyba większość fanów, tom drugi oceniam jako najsłabszy. Nie jest
fatalny, daleko mi do mieszania z błotem autora tylko z powodu
wprowadzenia Cyfral pod postacią wróżki, ale trudno się nie zgodzić, iż
akcja biegnie w nim zbyt powoli. Część trzecia z kolei ponownie obudziła
we mnie zainteresowanie serią – Fjollsfinn jest intrygującym bohaterem,
Lodowy Ogród to interesujące miejsce akcji... tylko ten
cliffhanger! Jest ktoś, kogo nie zirytowało podobne zakończenie powieści?
Villmar Myślę, że nie ma osób,
które byłyby zadowolone z takiego rozwiązania. Zauważyłem jednak, że
Grzędowicz ma tendencję do wprowadzania niejasnych zakończeń –
przypomnijmy choćby finał pierwszego tomu, gdzie bohater kończy jako
drzewo i tak naprawdę nie jest wiadomo, jaki los go spotka. Drugi tom
jest rzeczywiście najsłabszy. Początkowo, podobnie jak Astharielowi, nie
podobała mi się zmiana Cyfrala, tym bardziej że w pierwszym tomie
nadawał bohaterowi pewnej specyfiki i wyróżniał na tle
quasi-średniowiecznego świata, a jego brak sprawił, że Vuko – pomijając
pochodzenie i cele postaci – stał się jednym ze zwykłych wędrowców
przemierzających Midgaard. Z czasem postmodernistycznych elementów
pojawia się jednak coraz więcej i myślę, że cykl Grzędowicza w taki
właśnie sposób należy odbierać, przez co nawet pojawienie się wróżki w
roli Cyfrala wydaje się mniej rażące.
Wrócę na moment do poruszonego przeze mnie wcześniej wątku. Zicocu,
chyba nieco źle mnie zrozumiałeś – ja również byłem zadowolony ze
spotkania postaci, zresztą już od pierwszego tomu wszystko wskazywało na
to, że niczego innego nie możemy się spodziewać. Mój zarzut dotyczył
niekonsekwentnego prowadzenia linii fabularnej. Sam pisarz
niejednokrotnie podkreślał, że cykl miał być jedną powieścią, która z
czasem rozrosła się do tetralogii. W takich przypadkach bardzo łatwo o
fabularne potknięcia, związane z prowadzeniem dwóch, początkowo
odrębnych, wątków jednocześnie, skutkiem czego jest, na przykład,
przyspieszenie opowieści Filara w tomie trzecim. Mam jednak nadzieję, że
autor uniknie tego typu rozwiązań w finalnej części, choć sporo jeszcze
pozostało do zamknięcia.
Clod: Muszę się z zgodzić z
Astharielem, jeśli chodzi o naprawdę udany początek, zarówno w
odniesieniu do krótkiego tekstu traktującego o legendarnym Nocnym
Wędrowcu (czy pierwsze zdanie tylko mi skojarzyło się z pierwszym
zdaniem Wiedźmina?), jak i w odniesieniu do całego pierwszego tomu,
który pokazał, że polska
fantasy
ma jeszcze niejednego asa w rękawie. Znacznie mniej przyjemnie
zapamiętałem rozdział wprowadzający postać Filara. Wielce się zdziwiłem,
że autor po ponad stu pięćdziesięciu stronach wprowadza nowego
bohatera, który na dodatek, na tamtą chwilę, zdawał się nie dorastać
Drakkainenowi do pięt. Przez rozdział poświęcony tresowaniu bysterek
(będący w istocie ciekawą alegorią traktującą o różnych formach rządów -
do czego doszedłem jednak znacznie później) brnąłem z trudem,
wyczekując z utęsknieniem powrotu Vuka.
Jeśli zaś o Cyfralu mowa to muszę przyznać, że jedną z moich ulubionych
scen w literaturze w ogóle, jest walka Vuka z żabopodobnym potworzyskiem
z pierwszego rozdziału. Czytając ją trzy lata temu, nie mogłem wyjść z
podziwu dla autora, który nie dość, że wpadł na świetny pomysł (coś na
wzór zwolnienia czasu z
Matrixa), to w dodatku potrafił go doskonale wykorzystać, serwując czytelnikom trzymającą w napięciu potyczkę.
Niestety, Cyfral to też jeden z głównych powodów, przez które drugi tom i
mnie najmniej przypadł do gustu. Wprowadzenie wróżki rodem z
Piotrusia Pana
zupełnie do mnie nie przemówiło. Odebrało postaci Vuka i całej powieści
to, co stanowiło o jej sile. Nie przypominam sobie bowiem innej
historii, która w tak przemyślany sposób łączyłaby konwencję
fantasy (świat i magia) z
science fiction
(postać Vuka i związana z nim otoczka). Jednak owa zmiana niosła za
sobą także plusy, mianowicie pozwoliła mi bardziej docenić postać
Filara, który z czasem stawał się coraz bardziej interesujący. Warto
podkreślić chociażby fakt, że to dzięki jego podróży dowiadujemy się o
świecie
PLO znacznie więcej, niż dzięki przygodom Drakkainena.
Co zaś się tyczy
cliffhangera -
owszem, irytował, ale wiążę z nim pewne nadzieje. Skoro fabuła
trzeciego tomu została przerwana w tak kluczowym momencie, Grzędowicz
nie miał innego wyjścia, jak tylko ruszyć z kopyta. Dlatego też wierzę,
że czwarty tom nie tylko zacznie się od niezłej zawieruchy, ale że i
tempo ani na chwilę nie zejdzie poniżej pewnego, najlepiej tego znanego z
pierwszego tomu, poziomu.

Zicocu:
Nie zgodzę się z Tobą, Clod, co do wprowadzenia dodatkowego wątku i
samej postaci Filara. Po pierwsze, nauka rządzenia i napięcie tworzone
na bazie trudnych relacji pomiędzy trzema książętami dają jeden z
najlepszych fragmentów całego Pana Lodowego Ogrodu.
Może spodobał mi się dlatego, że Grzędowicz postanowił zaskoczyć
czytelnika czymś innym niż galopującą akcją? Po drugie, Filar wcale nie
jest gorzej wykreowany niż Vuko. Jest inny, ale równie dobrze dopasowany
do swojego wątku. Nie można też zapominać o tym, że to dzięki jego
wątkowi mieliśmy okazję poznać świat cyklu. Przypomnijcie sobie
fragmenty poświęconego niewoli Filara – ponownie są to jedne z
najlepszych fragmentów całej sagi. Obaj protagoniści tworzą doskonale
zgraną parę, której potencjał, mam nadzieję, Grzędowicz będzie w stanie w
pełni wykorzystać w tomie czwartym.
Przyznam szczerze, że jestem jedną z niewielu chyba osób, którym
zakończenie trzeciego tomu nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, po
znudzeniu wywołanym przez drugi tom i sinusoidalne tempo rozwoju akcji z
części trzeciej, poczułem nową nadzieję: “niechże w końcu coś się
zmieni”, powtarzałem sobie. Dopiero kolejna książka będzie w stanie
zweryfikować to, czy Grzędowicz podjął właściwą decyzję.
Asthariel: Za to mnie osobiście
drażniły aż dwa rozdziały poświęcone na niewolę Filara w domu Drżącej
Rosy. Za długo to trwało jak na mój gust, przez co pod koniec powieści
dla zachowania równowagi przyśpieszono jego spotkanie z Vukiem, żeby
jeszcze przed końcem tomu połączyć oba wątki. Filara uważam za
protagonistę ciekawszego od Drakkainena: nie ma przewagi związanej z
wieloletnim szkoleniem i Cyfralem, może polegać tylko na swoim sprycie i
determinacji. Ma też znacznie istotniejszą motywację, jaką jest chęć
uratowania kraju przed kultystami Podziemnej Matki. Vuko natomiast robi
to co robi, bo taką ma pracę. Nie mówię bynajmniej, że nasz Ulf jest
bohaterem kiepskim – po prostu nie jest świetnym.
Jeśli czegoś mi brakuje w serii, to większej ilości postaci, z których
punktu widzenia poznawalibyśmy fabułę. Jesteśmy ograniczeni tylko do
wiedzy, którą posiadają dwaj główni bohaterowie, przez co nie mamy
pojęcia, co się dzieje np. w krainach Van Dykena i Freihoff. Choć z
drugiej strony, może to tylko moje osobiste zboczenie i preferencja do
bardziej rozbudowanych fabuł...
Villmar Zgodzę się z Astharielem
odnośnie ostatniej kwestii, choć uważam z kolei, że brak tej wiedzy
daje czytelnikowi wrażenie pewnego zagubienia w obcym świecie, potęguje
aurę tajemniczości. Łatwiej dzięki temu identyfikować się z
protagonistami, którzy również posiadają skąpe informację. Przyznam
jednak rację co do potrzeby wprowadzenia ciekawszych postaci pobocznych –
póki co, nie pojawiło się ich zbyt wiele, a jedyną, która zapadła mi w
pamięć i świetnie uzupełniała się z Filarem podczas ich wspólnej
wędrówki, był Brus.
Jeśli już mowa o protagonistach, większą sympatią darzę jednak
Drakkainena. Owszem, wątek Filara wraz z kolejnymi tomami stawał się
coraz ciekawszy w przeciwieństwie do losów Vuko – tam nie działo się za
wiele. Cały czas jednak pozostaję pod wpływem najlepszego tomu –
pierwszego, gdzie to właśnie przybysz z Ziemi dzierżył pałeczkę, a jego
kolejne przygody przyćmiewały mniej interesujący wątek następcy
Tygrysiego Tronu. Kolejnym atutem Vuko jest jego spojrzenie na świat –
bohater postrzega go z perspektywy Ziemianina, a więc kogoś nam
bliskiego, przez co łatwo się utożsamiać z poczuciem zagubienia i
wyobcowania na nowo poznanej planecie. Ważnym elementem jest też humor –
to właśnie komentarze Drakkainena bawią najczęściej. Za pomocą tejże
postaci Grzędowicz prowadzi także najciekawsze metatekstualne gry z
czytelnikiem – chyba na zawsze zapamiętam fragment, kiedy bohater
wchodzi do karczmy i, chcąc choć raz poczuć się jak bohater gier RPG,
zamawia piwo czy też ocenia jego smak przez pryzmat ziemskich marek.
Clod: Zicocu, chyba źle mnie
zrozumiałeś. Nie napisałem, że Filar jest postacią nudniejszą czy też
gorzej wykreowaną, a jedynie, że wprowadzenie jego wątku w pierwszej
chwili mnie zaskoczyło (gdyż pojawia się stosunkowo późno) oraz że nie
od razu przypadł mi do gustu. Moje nastawienie względem następcy
Tygrysiego Tronu zmieniło się wraz z rozwojem akcji i fabuły do tego
stopnia, iż to jego rozdziałów wypatrywałem z niecierpliwością. Na dzień
dzisiejszy, spoglądając na trzy dotąd wydane części z perspektywy
czasu, trudno byłoby mi wskazać “lepszego” z dwójki głównych bohaterów.
Zarówno Vuko, jak i Filar mają wiele do zaoferowania czytelnikowi w
zależności od jego preferencji i oczekiwań względem protagonisty. Trudno
cokolwiek zarzucić ich charakteryzacji – posiadają motywacje,
napędzające ich do działania; przemyślenia i wątpliwości dotyczące
sytuacji, w których się znaleźli, ale co najważniejsze, obaj ewoluują w
trakcie powieści.
O ile o dwójkę głównych bohaterów się nie obawiam, to muszę przyznać
rację Astharielowi i Villmarowi w kwestii postaci pobocznych. Większość z
nich to tylko i wyłącznie “przeszkadzajki”, z którymi trzeba się w
taki, czy inny sposób uporać, a następnie o nich zapomnieć, jak
chociażby już wspomniana Drżąca Rosa. Tym niemniej, wydaje mi się, iż
nie ma już większego sensu wprowadzać nowych aktorów na scenę w ostatnim
akcie. Przez trzy tomy nazbierało się ich dostatecznie dużo, więc jeśli
bohaterowie, którzy zdążyli się dotychczas przewinąć przez karty
powieści, wrócą i odegrają swoją rolę w zamykającym serię tomie, będę
usatysfakcjonowany.
Nie mogę się jednak zgodzić z Astharielem jakoby brakowało punktów
widzenia. Dostaliśmy dwie perspektywy, ale jakże ciekawe, a w dodatku
wzajemnie się uzupełniające: Vuko - kompletny outsider
(powyżej świetnie przedstawił to Villmar) oraz Filar - “tutejszy”,
który wyrusza w daleką podróż, podczas której i on odkrywa dotąd mu
nieznane kultury, zwyczaje itp. Po co mnożyć wątki i rozwadniać całość?
Dość długo czekaliśmy na czwarty tom z zaledwie dwoma głównymi
bohaterami; gdyby było ich więcej Grzędowicz mógłby skończyć jak Martin i
pisać do końca życia, wystawiając cierpliwość fanów na jeszcze cięższą
próbę. Nie w ilości bohaterów, a w stylu Grzędowicza upatrywałbym
największej zalety całego cyklu, ze wskazaniem na liczne gierki z
czytelnikiem, na które już zwrócił uwagę Villmar (kto w 2005 roku mógł
wiedzieć, ile racji miał autor poprzez ironię krytykujący praktyki Unii
Europejskiej?). Zastanawiam się, jakie Wy wymienilibyście elementy, jako
te, które najbardziej przypadły wam do gustu oraz zdecydowały o dużym
sukcesie PLO?
Zicocu: Akcja. Grzędowicz bez
najmniejszego trudu wciąga czytelnika w pędzącą opowieść; robi to tak
doskonale, że nawet nieco rozwlekły tom drugi połyka się bez
najmniejszych problemów. W dodatku pisarz nie zapomina, że odbiorcę co
jakiś czas trzeba dokarmiać potężnym zwrotem akcji – i choć nie zawsze
są one całkiem udane (jak chociażby kilkakrotnie omawiane już
wprowadzenie Cyfral), to na pewno podtrzymują tempo wydarzeń.
Po drugie: bohaterowie. Idealnie uzupełniającą się para Vuko-Filar
sprawia, że kolejne teksty chce się czytać. Ponadto każdy z nich ma
swoje atuty: chłodna, pełna ironii postawa Ulfa powoduje, iż odbiorca
czerpie olbrzymią przyjemność w poznawania świata PLO
wraz z nim, a ciągły rozwój Filara czyni go postacią intrygującą,
trochę zagadkową, z którą łatwo się zżyć. I choć zgadzam się z tym, że
jak na tak długą sagę, ciekawych bohaterów drugoplanowych jest za mało,
to nie sposób nie docenić Van Dykena czy Fjollsfinna.
Po trzecie: zabawa konwencją. Rzadko kiedy pisarzom udaje się tak swobodnie balansować na granicy science fiction i fantasy,
jeszcze rzadziej – konsekwentnie rozwijać swoją kreację elementami
surrealistycznymi (jak kraina Van Dykena czy Lodowy Ogród). To coś
świeżego, coś oryginalnego, co daje odbiorcy wrażenie obcowania z czymś
znanym i nowym jednocześnie.
Wydaje mi się, że to trzy filary popularności PLO,
do których pozostałe elementy tekstu są tylko dodatkami. To one
sprawiają, że od lektury nie można się oderwać i że sprawia ona
czytającemu tak wiele frajdy.

Villmar
Ja na pierwszym miejscu postawiłbym atmosferę niedopowiedzeń, najlepiej
oddaną w pierwszym tomie cyklu. Najbardziej w pamięć zapadł mi początek
wędrówki Drakkainena – Grzędowicz postawił wyraźnie na powieść-zagadkę,
w której dostajemy masę pytań odnośnie praw rządzących Midgaardem i,
przez długi czas, żadnych odpowiedzi w zamian. Co stało się z załogą
stacji, którą Vuko miał sprowadzić na Ziemię? Czym jest tajemnicza mgła,
wzbudzająca taki lęk u miejscowych? Jak całkowicie odrębny wątek Filara
ma się do losów Ziemianina? Pod tym względem pierwszy tom nasuwał mi
skojarzenie z pierwszymi sezonami serialu "Zagubieni",
gdzie także jesteśmy bombardowani kolejnymi niedopowiedzeniami i
skazani jedynie na domysły, błądząc w fabularnej mgle podobnie jak Vuko w
pierwszej części. Jednak to właśnie owo dążenie do odpowiedzi
najbardziej motywowało do brnięcia przez kolejne tomy cyklu.
Nie sposób nie przyznać racji Zicocu, odnośnie akapitu o protagonistach –
ująłeś w słowa dokładnie to, co miałem na myśli. Od siebie dodam tylko,
że o sukcesie "Pana Lodowego Ogrodu" w dużej
mierze zadecydowała także dualistyczna konstrukcja fabularna – czytając
przez cały czas o przygodach jednego z bohaterów w pewnym momencie
moglibyśmy odczuć przesyt (szczególnie w bardziej skostniałych momentach
fabuły), tymczasem autor zgrabnie żongluje wątkami, dzięki czemu
zarówno akcja, jak i poznawanie bohaterów i interesującego świata są
dobrze wyważone – gdy mamy dosyć życiowych mądrości Filara, z ratunkiem
przychodzi sarkastyczny Drakkainen; gdy pędząca akcja i kolejne sceny
walk z udziałem Ziemianina zaczynają nas nużyć, odpoczywamy czytając o
pełnej napięcia wędrówce następcy Tygrysiego Tronu.
Asthariel: Podobnie jak Villmar,
za największą zaletę pierwszego tomu uważam atmosferę i tajemniczość,
jaką jest przesycona fabuła i świat przedstawiony. Oczywiście, jest to
miecz obosieczny – prędzej czy później czytelnik musi się dowiedzieć
czegoś więcej i poznać odpowiedzi na pewne pytania, a te w większości
przypadków okazują się rozczarowujące. Zgadzamy się, że pierwszy tom był
jak dotychczas najlepszy. Zauważmy, że w kolejnych powiększa się nasza
wiedza na temat Midgaardu, rządzących nim praw itd., a mimo to części
druga i trzecia są zgodnie uważane za słabsze. Ciekawe, czy w czwartym
tomie zostanie zachowana równowaga między zdradzaniem sekretów i
rozwiązywaniem zagadek przez autora, a utrzymaniem nutki
niedopowiedzenia...
Clod: Rzeczywiście! Zastanawiam
się, jak mogłem zapomnieć o tej jakże gęstej, urzekającej atmosferze
tajemnicy. Może dlatego, że po początkowych rozdziałach pierwszego tomu
jest jej coraz mniej? Doskonale pamiętam, jak moja ciekawość rosła z
każdą przerzucaną stroną, czułem wtedy przyjemny dreszczyk kojarzący się
z dobrze napisanym horrorem. Niestety, w którymś momencie owe napięcie
zniknęło i już nie powróciło. Może autor zdradził zbyt wiele, albo
poszedł o krok za daleko w “udziwnianiu” tego świata? Trudno
jednoznacznie odpowiedzieć, ale im dalej brniemy w tę opowieść, tym
mniej w niej geniuszu i świeżości, tak charakterystycznej dla pierwszego
tomu.
Skoro już pisaliśmy o tym, co nam się najbardziej podobało i jakie
nadzieje wiążemy z ostatnim tomem, chciałem jeszcze wspomnieć o obawach,
gdyż i tych w moim przypadku nie brakuje. W fandomie głośnym echem
odbiło się ukończenie czwartego tomu PLO,
ja zaś pragnę zwrócić uwagę na jego długość, bowiem o ile poprzednie
części oscylowały w okolicach pięciuset stron, finał rozegra się prawie
że na podwojonej objętości. Stąd też moja obawa, czy Grzędowicz nie
zaczął lać wody... Wielu autorów powtarza, że “historia rośnie/wydłuża
się w miarę pisania”, ale jak wiemy, to nie zawsze wychodzi powieściom
na dobre. Mam nadzieję, że w tym wypadku ilość nie oznacza spadku
jakości.
Na sam koniec zostawiłem sobie jeszcze kwestię, jakże odkrywczo, samego
finału. W tym momencie pragnę nawiązać do innej doskonale znanej, ba,
kultowej serii fantasy - chodzi rzecz jasna o Wiedźmina
i o to, co Sapkowski zrobił z jego końcówką. To, co spotkało Geralta i
jego drużynę bardzo mnie zaskoczyło, i to nie w ten pozytywny sposób.
Dlatego też obawiam się, czy Grzędowicz nie zechce pójść śladami AS’a i,
na przekór oczekiwaniom fanów, aby pokazać jaki to z niego nie
postmodernistyczny pisarz, zakończy tę opowieść w jakiś iście absurdalny
sposób (a co, gdyby to wszystko okazało się snem Drakkainena, który
zemdlał podczas odliczania w kapsule?). Mam nadzieję, że owe obawy okażą
się bezpodstawne i ta opowieść otrzyma zasłużony wielki finał.
Zicocu: Przypomnieliście mi o jednym ważnym szczególe, o którym wspomniałem nieco zbyt lakonicznie: genialnym początku PLO.
Grzędowicz napisał prawdopodobnie jedno z najlepszych wprowadzeń w
historii polskiej fantastyki: szalenie klimatyczne i tajemnicze,
pobudzające wyobraźnię. Jeśli miałbym w skrócie powiedzieć czego
oczekuję po zakończeniu sagi, powiedziałbym: żeby ostatnie rozdziały
cyklu były równie niesamowite co pierwsze.
Asthariel: I tak oto dotarliśmy
do końca naszej rozmowy - mam nadzieję, że jeśli do tej pory nie
byliście zainteresowani serią i jej zakończeniem, to właśnie nadarza się
dobra okazja by to zmienić. Znika wymówka, że czekanie na kolejne tomy
jest mordęgą, gdyż to jest już koniec, nie ma już nic, i do księgarni
możemy iść. "Pan Lodowego Ogrodu" to jedno z najlepszych polskich fantasy, i choć nie jest idealne, to zdecydowanie warto dać prozie Grzędowicza szansę.