Tornado defetyzmu

W ramach przypomnienia: pierwsza
część przedstawiała historię kilku outsiderów, wśród których spotkać mogliśmy
morderców, pedofilów czy ofiary gwałtu, zesłanych na dno Pacyfiku z zadaniem
obsługi podwodnej stacji, czerpiącej energię geotermalną z jednego z kominów
oceanicznych. W trakcie prac członkowie załogi przez przypadek uwolnili nieznanego
do tej pory mikroba, który zagrażał dalszemu istnieniu wszystkich gatunków. By
zapobiec rozprzestrzenieniu się intruza zaangażowana w działania na dnie Oceanu
Spokojnego korporacja postanawia wysadzić w powietrze całą stację, pozbawiając
życia jej pracowników i likwidując problem w zarodku. Okazuje się jednak, że co
najmniej dwóch członków załogi uszło z życiem i dostało się do zachodniego
brzegu Stanów Zjednoczonych.
W centrum wydarzeń znów mamy
Lennie Clarke, kobietę zahartowaną przez trudne dzieciństwo i żądzę zemsty na
ludziach, którzy jako zapłatę za włożony w obsługę stacji trud oferowali jej
śmierć. Watts wykreował swego rodzaju Nemezis – postać odzianej w czerń
kobiety, która – wynurzywszy się z oceanu – zdeterminowana, kierowana zamiarem
wymierzenia sprawiedliwości wręcz prosi się o mityczne skojarzenie. Z czasem
jej podróż także nabiera symbolicznego znaczenia, nasuwając skojarzenie z
biblijną drogą krzyżową – bita, gwałcona i poniżana brnie przez wypalone i
zniszczone trzęsieniami ziemi wybrzeże Ameryki, nie zastanawiając się tak
naprawdę dogłębnie nad sensem własnej krucjaty i szansami na powodzenie.
Wiedziona wykształconymi w nieludzkich warunkach instynktami, świadomością
bycia przez całe życie ofiarą oraz chęcią wyrównania rachunków staje się jednak
bohaterem ludu, kimś niemalże czczonym przez marionetkowych obywateli, którzy –
podobnie jak ona – zostali dotknięci zniszczeniem, spowodowanym decyzjami
potężnych korporacji.
Jak wspomniałem, w Wirze nie doświadczymy atmosfery
charakterystycznej dla poprzeczniki. Akcja prawie całej powieści toczy się na
kontynencie, gdzie cisza i prowadząca do szaleństwa atmosfera samotności
zostają zastąpione przez równie destruktywny chaos, zniszczenia i anarchię. Tym
razem Watts skupia się na tematyce nieco banalniejszej niż w części pierwszej.
Przeciwnikiem bohaterów oraz zagrożeniem, przed jakim chce nas ostrzec autor,
jest bowiem rozwijająca się w niezwykłym tempie technika, której twory pod
względem sztucznej inteligencji coraz szybciej zaczynają dorównywać
człowiekowi. Podążając śladem bohaterów widzimy panoramę społeczeństwa
sterowanego elektroniką i coraz nowszymi zdobyczami ludzkiego umysłu, mającymi
wpływ na wszystkie dziedziny życia – karierę zawodową, praktyki seksualne czy
stan psychiczny (szczególnie dużo miejsca pisarz poświęcił kwestii ludzkiego
sumienia, ukazując, w jaki sposób można nim kierować za pomocą odpowiednich
narzędzi).
O tego typu zagrożeniach pisano
jednak już wielokrotnie, wielu więc powie – nihil
novi, a racji trudno im będzie odmówić. Tym jednak, co czyni prozę Wattsa
wyjątkową, jest jego warsztat pisarski. Podobnie jak w poprzednim tomie, język
w Wirze jest niezwykle specyficzny – pozbawiony
emocji, zimny, rachityczny, a jednocześnie przesiąknięty intelektualnymi grami,
nomenklaturą związaną z rozmaitymi naukami ścisłymi, solidną dawką erudycji,
wulgaryzmów i brutalnych, naturalistycznych opisów rozmaitych dantejskich scen
– morderstw, linczów czy gwałtów. Styl idealnie wręcz komponuje się z
nakreślonym przez pisarza obrazem pozbawionego ludzkich odruchów świata, w którym
o wszystkim decydują niedosięgalne korporacje, najwyższe zdobycze techniki i
prawo pięści, tworzące na nowo bezlitosną dla słabych drabinę społeczną.
Wizja Wattsa jest pełna
defetyzmu, przygnębiająca do tego stopnia, iż czytelnik – obserwując działania
bohaterów, mające na celu ratowanie świata – zaczyna się zastanawiać, czy mają
one jakikolwiek sens. Rzeczywistość widziana oczami Kanadyjczyka przeraża, a
jednocześnie niezwykle nurtuje i pozostawia odbiorcę z całą masą refleksji,
dotyczących kierunku, w jakim podąża ludzkość. Warto dodać, że pod względem
prawdopodobieństwa zaistnienia tego typu sytuacji powieść dorównuje
poprzedniczce (szczególnie jeśli zwrócimy uwagę na zamieszczone pod koniec tomu
bogate objaśnienia), a więc być może zarysowana sytuacja nie odbiega tak daleko
od tego, co możemy zaobserwować za oknem. Kto wie, czy nie jesteśmy tylko
stadem owiec?
Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu ArsMachina.